środa, 3 lutego 2016

Oczy w Ogniu


Witajcie ponownie. Niestety nie jest to rozdział dodany po ponad rocznej przerwie, lecz jest to coś w rodzaju reklamy. Ech, wiem.. Uchodzę teraz za  istotę chamską do granic możliwości, ale jeśli ktokolwiek tutaj jeszcze zagląda, to chciałabym zaprosić do lektury nowego opowiadania.



PS. Nie wykluczam możliwości dopisania w najbliższej przyszłości 
ostatnich rozdziałów tutejszego tworu.

Pozdrawiam i zapraszam do czytania i komentowania.

sobota, 4 października 2014

Rozdział 28

Przypadki nigdy nie są powiązane



     Elijah zbliżał się szybkim krokiem do samochodu zaparkowanego na poboczu. Przeszukiwał las, a on zdawał się nie mieć końca. Bezsilność, którą odczuwał sprawiała, iż nie miał już sił. Szukał swojej ukochanej od wielu godzin. Jego nadprzyrodzone umiejętności pozwalały na o wiele szysze poszukiwania. To jednak nie dawało żadnych efektów... Czuł się jak zagubione dziecko, które jest tylko i wyłącznie uzależnione od kogoś silniejszego. Ale jak to? Przecież to własnie on był najstarszą i jedną z najsilniejszych istot na ziemi, więc jakim cudem, ktoś przewyższał go swoją siłą? Reg zdecydowanie miał mniejszą moc niż pierwotny. W bezpośrednim starciu mógłby być starty w proch. Jednak to właśnie ten natrętny, żądny zemsty wampir wyszedł na prowadzenie. Chciał pokoju... Jasne. Elijah wiedział już od samego początku, że zawieszenie broni nie wchodziło w grę. Walsh tylko udawał, że chce się pogodzić, to była sprytnie rozegrana strategia. Teraz Elijah był w polu, dosłownie i w przenośni. Elena jakby rozpłynęła się w powietrzu...
      Wampir stał przy aucie i patrzył się przed siebie nieobecnym wzrokiem. Myślał. Owiewało go chłodne, letnie powietrze. Początek czerwca przyniósł z sobą piękną pogodę, jednak nie była ona żadnym pocieszeniem. Pierwotny, czując kolejny mocniejszy podmuch wiatru, otrząsną się z rozmyśleń i na jego twarz wpłynęła złość, wściekłość. Jakim prawem ktokolwiek odbierał mu szczęście? Osobę, na której mu zależało? Przecież jest pierwotnym wampirem! 
     Momentalnie kopnął z całej siły w karoserię samochodu, która odgniotła się znacznie. Przeklął pod nosem i wsiadł do samochodu. Miał ruszać dalej, być może, za kolejnym zakrętem dojrzy pierwszy ślad? Usiadł za kierownicę, jednak nie zapalił silnika. Ponownie zalała go fala goryczy, żalu i niemożności wobec całej sytuacji. Był po prostu bezradny, zdany na łaskę lub nie łaskę przeciwnika... 
     Zaczął obwiniać siebie za to, że nie był przy dziewczynie, którą przecież kochał. Potrzebowała go, a on się nie zjawił. Modliła się o ratunek, ale on nigdy nie nadszedł. To były jego najcięższe myśli... Zadrżał, widząc makabryczne sceny w swojej głowie, był jednak zbyt silny, zbyt dumny, by zapłakać i odpłynąć wraz z falą żalu. Westchnął tylko ciężko i pochyliwszy się, oparł czoło o kierownicę. Tkwił tak przez moment. Potem odjechał.



    Klaus stał w głównym holu swojego domu na obrzeżach miasta. Wpatrywał się młodą czarownicę o hebanowych włosach. Była to ta sama dziewczyna, z którą Elijah spotkał się kila miesięcy temu. Pierwotny wyczekiwał jej słów.
    - Więc po tak długim czasie czegoś ode mnie żądasz? - prychnęła.
    - Nigdy nie mówiłem, ze będzie to znajomość krótkookresowa, kochana.
    - O mało mnie nie zabiłeś ostatnim razem! --podniosła głos. -  teraz śmiesz czegokolwiek ode mnie chcieć?!
    - Nie zapominaj się - zmrużył oczy wrogo. - Zrobisz to, co ci każę, inaczej będziesz wciąż tutaj stać, gdy twoja głowa odwiedzi zachodnie wybrzeże - syknął.
   Wiedźma założyła ręce na pierś i patrzyła się naburmuszonym wzrokiem. Klaus musiał przyznać, że wyglądała wtedy jak nadęte dziecko.
    - Nie rusza mnie ta zagrywka, nie chciałbyś mnie tutaj, gdybyś miał inne wyjście - warknęła. - Jestem ci potrzebna, nic mi nie zrobisz - skwitowała.
    - Oh... - uśmiechnął się jadowicie. - Na prawdę tak uważasz?
      W mgnieniu oka przyciął ją do ściany i podniósł do góry, trzymając mocno jej gardło. Dziewczyna zaczęła się krztusić i próbowała zrzucić dłonie ze swojej szyi.
     - To co? Jak będzie? - uśmiechał się do niej krzywo. Wiedźma zaczęła coś charczeć, jakby chciała się odezwać. Klaus puścił ją i upadła z wielkim impetem na podłogę.
     - Chcę coś w zamian - wyszeptała, trzymając się za obolałe gardło, na którym pojawiły się ciemne ślady.
     - Proszę, proszę... Jeszcze śmiesz negocjować? Zapomnij.
     - Nie robię nic za darmo - syknęła w złości.
     - Pamiętaj, że cały czas jest możliwość jednostronnej podróży twojej głowy do Los Anegles, jak wolisz - uśmiechnął się chytrze.
     - Jeśli zrobię, to, czego ode mnie żądasz - zaczęła wstając z podłogi - to ty zapomnisz o mnie raz na zawsze. Zostawisz mnie w spokoju, i nie będę miała nic wspólnego z twoimi interesami, ani twoją rodziną. Mamy umowę?
     Klaus stał na przeciwko niej i kalkulował w głowie wszystkie za i przeciw. Na koniec uśmiechnął się uroczo.
     - Dobrze, mogę przystać na takie warunki.
     Pierwotny po chwili odwrócił się i skierował na schody. Czarownica podążyła za nim. Oboje weszli na pierwsze piętro i Klaus zwrócił się w ciemny, długi korytarz. Po chwili pchnął drzwi, które zaskrzypiały złowrogo. Pokój, który się im ukazał był równie ciemny i mroczny. Nie było tam żadnego oświetlenia, a wszystkie okna zasłonięte zostały ciężkimi kotarami. Tylko kilka świeczek stało na szafce nocnej i zapraszało swoim ciepłym ognikiem, by podejść bliżej. Wiedźma po chwili zauważyła, że na potężnym łóżku leży drobna blondynka.
     - Co to ma być? - zdziwiła się ciemnowłosa, spoglądając z ukosa.
     - Właśnie to, czym masz się zająć. Moja przyjaciółka - pokazał dłonią na Caroline - ona... Został rzucony na nią pewien urok - wyjaśnił. Czarownica przymrużyła oczy. - A ty masz go zdjąć.
     - Co to za urok? Jakiś rodzaj klątwy?
     - Nie, to nie klątwa - odparł. - Już kiedyś spotkałem się z tymi czarami, było to co prawda bardzo dawno temu, w średniowieczu, ale takach rzeczy się ie zapomina.
     - A więc? Co to za urok?
     - To czary wilkołaków.
     - Wilkołaków? - zaśmiała się czarownica. - Przecież każdy o zdrowych zmysłach wie, że wilkołaki nie posiadają żadnej magii - prychnęła.
     - Zwykłe nie, jednak jest jedna grupa tych stworzeń, które mają możliwość rzucania właśnie tego, jednego uroku. Pierwsza generacja, pierwotne wilkołaki - wyjaśnił.
     - Pierwsze stworzone wilkołaki? - zdziwiła się czarownica. Klaus pokiwał głową. - Ale toby oznaczało, że w Mystic Falls  musiał pojawić się pierwotny wilkołak, a to jest niedorzeczne.
      - Innego wyjaśnienia nie ma.
      Czarownica podeszła wolno w kierunku Caroline.
      - Przecież ona nie żyje, nie widzę u niej żadnych funkcji życiowych...
      Klaus skrzywił się na te słowa.
      - Otwórz jej oczy - polecił, a czarownica zrobiła co jej kazał. Białka Caroline miały czarną barwę. Ten widok dawał niezaprzeczalnie przerażający efekt. - To właśnie jest efekt działania tego uroku - wyjaśnił, widząc na twarzy dziewczyny zdziwienie.
     - Nie pomyślałeś, że to po prostu jakiś uraz? Możliwe, że jej głowa doznała ciężkich obrażeń i krwiak śródczaszkowy po prostu sprawił, że jej oczy zabarwiły się na czarno...
     - Wierzę, że jeśli coś zdarza się dwa razy tak samo, to na pewno się ze sobą łączy. Przypadki nigdy nie są powiązane - skwitował.
     - Więc chcesz teraz żebym zdjęła ten urok? Ciekawe jak mam to zrobić, nie wiedząc nic, a nic o tych, jak to powiedziałeś, wilkołackich czarach. Nie mam żadnych danym, kompletnie nic. Nie wiem jak mam się tym zająć!
    - Zrobisz to, co ci każę, inaczej porozmawiamy inaczej - warknął Klaus, który po woli tracił cierpliwość. - Mogę jedynie dać ci kilka zapisków, w których opisałem ten urok wiele lat temu.
    - Dobre to, niż nic - mruknęła czarownica.
     Klaus na moment odwrócił się od dziewczyny i zaczął szperać w swoich dokumentach, które walały się na biurowym blacie. Po chwili trzymał już małą stertę kartek, które przekazał wiedźmie.
    - Tutaj jest wszystko, co wiem. Myślę, że wystarczy.
    - Nic nie obiecuję - mruknęła dziewczyna.
    - Lepiej daj z siebie wszystko, bo się policzymy - warknął złośliwie i obserwował jak czarownica rozkłada papiery na podłodze, po czy siada i bierze pierwszy z nich do ręki. - Nie próbuj żadnych sztuczek - ostrzegł ją. Potem skierował się do wyjścia z pokoju.
     Czarownica zaczęła czytać dane jej zapiski, starała się analizować wszystko dokładnie, aby znaleźć odpowiedź na swoje pytania. Ne wiedziała jednak, że nie jest sama w pomieszczeniu. Bowiem Caroline wcale nie była nieobecna. Nie pałętała się gdzieś po drugiej stronie w ciemnościach. Nie szukała swoich zmarłych przyjaciół, by móc się z nimi zobaczyć chociaż na kilaka chwil. Caroline Forbes była wśród żywych jako duch. Od samego początku, od swojej dziwnej śmierci, cały czas była obecna duchem. Chodziła uliczkami miasta, odwiedzała swoich przyjaciół i zapłakaną matkę, która starała się znaleźć jej ciało, po tym jak bezwzględna hybryda je wykradła. Widziała wszystko, słyszała każde słowo, czuła to, co odczuwali jej bliscy po wielkiej stracie. Krzyczała, wrzeszczała, tupała nogami, ale nie mogła dać nikomu żadnego znaku, że jednak ich słyszy, że stoi obok i rozumie co się stało.
     Caroline stała w swojej długiej sukience balowej i przyglądała się czarownicy, która pod groźbą śmierci próbowała ją uratować. Oczywiście nie pochwalała takiego zachowania u Klausa, jednak rozumiała, że robi to z desperacji. Przecież była tedy w swoim pokoju, widziała jego reakcję. Po raz pierwszy w życiu nie dostrzegała w nim nic nienaturalnego, nic zwierzęcego. Nie było już bezwzględnego Klausa, był tylko zagubiony, zdruzgotany człowiek, który myślał, że stracił kogoś, kto podtrzymywał jego duszę w świetle. Caroline zrozumiała, że on jej potrzebuje. Jednak nie zdawała sobie wcześniej sprawy, że jego uczucia są aż tak wyraziste, aż tak potężne. Nie chciała wierzyć, że to może dziać się na prawdę. Cały czas wmawiała sobie, że on chce ją tylko mieć, posiadać, jak jakieś złote trofeum na kominku. Chce być zdobywcą. Teraz jednak nareszcie zrozumiała, że to nie chęć wygranej, nie pragnienie posiadania przez niego przemawiało. Teraz dopiero dotarło do niej, że to jednak prawdziwe uczucie, które z czasem rozwinęło się tak bardzo, że teraz jest już pnączem roślin, które oplatają jego serce tak mocno, iż potrafił zrzucić z siebie swoją bezwzględność i nienawiść. To dało jej nadzieję, że tego człowieka da się uratować, da się ocalić jego człowieczeństwo, które okazał. Caroline uświadomiła sobie, że jest jedyną osobą, która może to zrobić. Słyszała jego myśli krzyczące, że była jego pięknym aniołem stróżem, który ciągnął jego nieśmiertelną duszę ku światłości.



     Elena otworzyła oczy.
     Czuła się nieco dziwnie... odrętwiała. Nie czuła swoich rąk, nóg, nie mogła się ruszyć. Nie wisiała już jednak głową w dół. Siedziała, a tak na prawdę leżała w wygodnym, skórzanym fotelu. Szybko omiotła całe pomieszczenie wzrokiem. To z pewnością nie była jej zimna, wilgotna cela gdzieś w ciemnych podziemiach. Dookoła niej było cicho, a w powietrzu unosił się zapach jakichś ziół, których nie potrafiła zidentyfikować.
    Czuła się dobrze. Nic ją nie bolało, a rana na szyi całkowicie się wygoiło. A jednak. Lek Rega podziałał i została uleczona. Wszystko dookoła jednak było na tyle dziwne, że Elena zaczęła zastanawiać, że czy przypadkiem już nie umarła. Tajemnica w powietrzu jeszcze bardziej wyostrzyła jej zmysły. Nadal jednak ie mogła się ruszyć, aby zbadać okolicę. Trwała tak w ciszy i czekała, aż zjawi się ktoś, kto wyjaśni jej choć w małym stopniu, co się tutaj dzieje.
     Tak jak podejrzewała, za kilkanaście minut zjawił się Reg. Miał jak zwykle na ustach swój czarujący uśmieszek, który budził w Elenie agresję.
     - Gdzie jesteśmy? - warknęła wampirzyca.
     - W moim domu - wyjaśnił Reg spokojnie. - Za jakąś chwilę będziesz mogła się ruszać - stwierdził.
     - I co niby zamierzasz teraz ze mną zrobić? - jej głos zdradzał nieukrywaną złość.
     - Wiesz... - Walsh zaczął okrążać fotel, na którym siedziała - myślałem całą noc i w końcu wymyśliłem coś wspaniałego - zaśmiał się beztrosko, jakby właśnie wymyślił nową zabawę.
     - Czyżby? Nie wiem, do czego jestem ci potrzebna. Nie mam żadnych informacji, których możesz szukać. wypuść mnie!
     - Ani mi się śni, skarbie - pokazał słodki uśmiech, przysuwając się do jej twarzy. Elena poczuła, że w tej właśnie chwili jej palce zaczęły lekko drżeć. Był to znak, że niebawem odzyska kontrolę nad ciałem. - Czujesz to? - zapytał szepcząc. - Budzisz się do życia. Nie zdążysz jednak nic zrobić, kochana... - dodał, udając smutek. Elena zmrużyła oczy wściekle. Zaraz wstanie i rozerwie go na strzępy!
     W tej chwili Reg złapał ją za szyję i przycisną z całej siły do oparcia fotela. Elena zaczęła się lekko szamotać, bo czuła powracającą siłę. Nie mogła jednak wyrwać się w żaden sposób.
     - Czy kiedykolwiek marzyłaś, by uwolnić się od tego nędznego miasteczka, od wszystkich problemów, popapranych egoistów, którzy cię otaczają? - zapytał niemalże uwodzącym głosem. Elena wzdrygnęła się na te słowa, czując wciąż jego ucisk na szyi. - Bo wiesz... - zawinął sobie jej kosmyk włosów na palec. - Jesteś tak zapatrzona w swojego Elijah, że nie widzisz w nim wad, nie dostrzegasz jego łgarstwa i podstępu jakim cię mami, kochana. On wszystkich traktuje tak samo, z góry. Myślisz, że jesteś jakimkolwiek wyjątkiem? Dla niego jesteś nikim - szepnął jej do ucha.
     - Nic nie wiesz o mnie, ani o nim - wychrypiała z trudem. Reg zelżył trochę uścisk.
     - Wiesz co? Dzisiaj jestem w dobrym humorze - stwierdził, patrząc jej w oczy. - Uwolnię cię od tego całego nonsensu, w jaki się wdałaś. Nie będziesz mieć już żadnych problemów, a ja w końcu dostanę swoją zemstę. Co ty na to? - zapytał z entuzjazmem.
     - Wal się - warknęła Elena i ponownie spróbowała się wyswobodzić.
     - Wiem, że w głębi duszy tego pragniesz. Wolności. Niezależności.
      Elena przyjmowała jego słowa z porem. Nie chciała tego słuchać,Jednak mimo wszystko, on mała rację w jakimś stopniu. Ona chciała być wolna. Miał już dosyć wszystkich kłopotów. Ciągłego strachu o bliskich i zagrożenia, które prędzej, czy później znów odwiedzi Mystic Falls. Nie chciała jednak odchodzić od tego wszystkiego. Musiała walczyć! Musiała ocalić wszystkich i w końcu zaznać spokoju. Ale nie gdzieś daleko, a właśnie tutaj, gdzie był jej dom.
     - Nie masz pojęcia o moim życiu - warknęła z mocą. Była wściekła głównie na siebie, że przez jedną sekundę pomyślała, że on a rację!
     - Kiedyś mi podziękujesz - powiedział przesłodzonym głosem. Elena zaczęła się szarpać już z całej siły. Jej kontrola nad ciałem wróciła w pełni i mogła podjąć kolejną próbę uwolnienia się od wampira. Było to jednak bezcelowe. Reg był zbyt silny.
     - Zostaw mnie w spokoju! - wrzasnęła, co zabrzmiało nad wyraz dziecinie.
     Reg mocniej zacisnął jej gardło  spojrzał jej prosto w oczy.
     - Od dzisiaj nie nazywasz się już Elena Gilbert - zaczął spokojnym głosem. Elena od razu się uspokoiła, jej ciało opadło i rozluźniło się. Reg był inny niż wszystkie wampiry, został ulepszony dzięki magii, dlatego Elena był podatna na jego hipnozę.
     - Nie nazywam się Elena Gilbert - powtórzyła po nim.
     - Doskonale. Jesteś teraz... Hmm... Jakby cię tu nazwać - Reg zmierzył ją wzrokiem. - Może... Emily? Tak, myślę to Emily do ciebie pasuje, kochanie. Jesteś teraz Emily Sullivan.
     - Jestem Emily Sullivan.
     - Jesteś wampirem, ale nie wiesz, kto cię przemienił. Twoi rodzice nie żyją, zostałaś sierotą bez żadnej rodziny. W Mystic Falls byłaś tylko przejazdem, ale nie znalazłaś nic ciekawego. Jestem twoim dawnym przyjacielem, który towarzyszył ci w drodze - Reg pomyślał chwilę. Zarachowywał się jak pisarz, który właśnie buduje życiorys jednego z bohaterów książki. - Teraz jednak wyjeżdżasz sama na zachód, chcesz iść na studia i żyć bezproblemowe życie, wtopić się w społeczeństwo. To był mój pomysł, za który jesteś mi wdzięczna. Znajdziesz swoje miejsce i będziesz żyć tak jak zawsze chciałaś - zakończył z uśmiechem na ustach.
    Teraz zakończyła się jego zemsta. Odebrał Elijah osobę, na której mu zależy. Pierwotny poczuje to samo, co poczuł on, gdy tamte odebrał mu silą Amandę. Zabił ją z zimną krwią tylko dlatego, by się odegrać. Tak właśnie myślał Walsh.
    Puścił Elenę, która swobodnie podała na oparcie fotela. Była przez moment rozkojarzona, lecz po chwili odzyskała orientację.
    - Witaj Reg! - uśmiechnęła się przyjaźnie w stronę wampira, który stał przed nią. - Musiałam chyba usnąć... Jak minął ci dzień?
    - Całkiem dobrze, nie narzekam - odparł. - Chciałem cię obudzić, bo pora już jechać - uśmiechnął się.
    - Tak, wiem... Już się zbieram - odparła i szybko wstała z miejsca, czując lekkie zawroty głowy.
    - Wszystko w porządku? - zapytał Walsh, udając troskę.
    - Tak... Czuję się dobrze.
    - Możesz wziąć mój samochód - zaproponował. Sam siebie w duchu pochwalił, że umie aż tak dobrze udawać aktora.
    - Dziękuję, to miłe z twojej strony.
    - Nie bierz żadnych rzeczy... - machnął ręką Reg. - Jesteś przecież wampirem, możesz mieć wszystko, czego zapragniesz - zaśmiał się.
     - Tak, to prawda. Całkowita wolność, niezależność - uśmiechnęła się szeroko.
     Już za kilka minut siedziała za kierowcą srebrnego kabrioletu, a na jej twarzy malowało się szczęście.
     - Dziękuję ci za wszystko - powiedziała w kierunku wampira, który stał obok auta.
     - Nie ma o czym mówić - odparł.
     Elena pomachała mu szybko i wcisnęła gaz do dechy. Przekroczyła granice Mystic Falls jako Emily Sullivan.
   


     Tymczasem wiedźma w domu pierwotnych znalazła sposób na uwolnienie Caroline od wilkołackiego uroku. Przejrzała wszystkie zwoje i miedzy wierszami przeczytała rozwiązanie zagadki. Wiedziała już co musi zrobić, by odczynić magię.
     - Halo? Jest ktoś w tym domu? - zawołała, wychodząc w pokoju, w którym przesiedziała ostatnie kilka godzin.
     Nikt się nie raczył odezwać. Klaus najprawdopodobniej wyszedł z domu. Czarownica nie myślała, że jest aż takim ignorantem. Zawołała raz i jeszcze jeden, ale nikt się nie zjawił. Wyszła więc na korytarz i zeszła schodami w dół. Gdy przechodziła przez salon, zauważyła, że jednak nie jest sama  tym domu. Na kanapie bowiem, siedziała jakaś blondynka.
     - Przepraszam? Potrzebuję pomocy - odezwała się.
     Rebeka odwróciła głowę i spojrzała obojętnie na czarnowłosą dziewczynę. Po chwili, w milczeniu, z powrotem zajęła się czytanie jakiegoś babskiego czasopisma.
      - Halo? Chyba nie jesteś głucha!
     Rebeka w mgnieniu ok znalazła się przy czarownicy, podniosła ją lekko do góry i ścisnęła jej gardło. "Znowu..." - pomyślała dziewczyna.
     - Nie będziesz się tak do mnie zwracać, brudna wiedźmo - warknęła wściekle Rebeka.
     - Co się tutaj dzieje? - zapytał Klaus, który właśnie wszedł do salonu. - Puść ją, siostro.
     - Pilnuj swoich wiedźm, Niklaus! Plączą mi się pod nogami.
     - O co chodzi? - zwrócił się do czarownicy, którą Rebeka zostawiła już w spokoju.
     - Znalazłam sposób. Potrzebuję pomocy - odparła lakonicznie. - Potrzebuję miskę z wodą, dwadzieścia świec oraz owoce czarnego bzu i kilka kwiatów tojadu - wyjaśniła. Klaus bez słowa kiwnął głową i zniknął. Nie minęła minuta, a on był już z powrotem. W rękach trzymał wymagane rośliny, które bez słowa zaniósł na górę. Czarownica ruszyła za nim.
     - Zaraz będziesz miała resztę.
     - Klaus... - odezwała się. - Jest jeszcze jeden problem...
     - To znaczy?
     - Potrzebna jest nam krew.
     - Cóż to za problem, określ tylko jaką i zaraz będziesz ją miała - zaśmiał się cicho, był poniekąd rozbawiony tym :problemem".
     - Ale chodzi tutaj o konkretną krew - odparła. - Potrzebna jest na krew rodzinna; brata, siostry, matki...
     Klaus zamyślił się na moment.
     - To da się załatwić. Zaraz wracam.
   
     Po chwili pierwotny był już przed drzwiami rodzinnego domu Caroline, gdzie niewątpliwie przebywała jej matka. To właśnie ona otworzyła mu drzwi.
    - Klaus! - wrzasnęła. - Oddaj mi natychmiast Caroline! Szukałam jej przez ten cały czas. Gdzie ona jest?! Musze ją pochować! - Liz rzuciła się na niego z pięściami, całkowicie zignorowała taką możliwość, że pierwotny po prostu ją zaraz zabije. Było jej wszystko jedno. Chciała odzyskać swoje dzieci.
     Klaus lekko uśmiechnął się pod nosem.
     - Nikogo nie trzeba chować - powiedział spokojnie, odsuwając ją wolno od siebie. - Zabrałem ją, gdyż mam sposób, aby ją ożywić.
     - Co ty wygadujesz? - po policzkach kobiety spływały łzy.
     - Ona nie umarła. Liz. Został na nią rzucony urok, którym właśnie zajmuje się moja wiedźma. Zaraz Caroline znowu będzie wśród nas - wyjaśnił.
     Liz zaszlochała jeszcze głośniej, nie wiadomo, czy ze szczęścia, czy ze smutku. Klausowi zrobiło się poniekąd jej szkoda. Straciła Caroline tak samo jak i on. Teraz jednak jest nadzieja, że wszystko wróci do normy.
     Pierwotny przyciągnął kobietę do siebie i uścisnął ją pokrzepiająco.
     - Będzie dobrze - powiedział cicho. - Uspokój się...
     W tym samym czasie Caroline Forbes stała w głębi swojego domu i obserwowała te cenę z uśmiechem. Na jej policzkach także zaszkliły się łzy.
     - Potrzebuję od ciebie jednej rzeczy, by udało mi się zdjąć urok - powiedział po chwili, odsuwając od siebie Liz.
     - To znaczy? - zapytała, pociągając nosem.
     - Muszę zdobyć twoją krew -odparł spokojnie i od razu zobaczył przerażenie w jej oczach. - Nie, nie dużo. Tylko trochę - dodał, uspokajając ją od razu.
     - Dobrze - zgodziła się i na moment zniknęła w czeluściach domu. Po chwili przyniosła ze sobą nóż kuchenny i niewielkie, szklane naczynie. Przyłożyła sobie ostrze do nadgarstka.
     - Może lepiej ja to zrobię? Wiem, gdzie przeciąć, byś nie wykrwawiła się na śmierć - uśmiechnął się lekko pod nosem. Liz bez slow podała mu nóż i nadstawiła rękę. Klaus zrobił małe nacięcie, z którego popłynęła stróżka jasnej, czerwonej krwi.
     - Już chyba wystarczy - stwierdził pierwotny. Liz od razu zacisnęła rękę, by nie sączyła się z niej krew. Klaus widząc to, wyciągnął z kieszeni spodni małą fioleczkę z ciemnym pyłem.
     - To moja krew. Wypij ją, a zaraz twoja rana zniknie - polecił. Liz chwyciła fiolkę z wdzięcznością. - Dziękuję.
     - Tutaj chodzi o Caroline. Nie masz za co dziękować - odparła. - Odwieź ją proszę do domu, gdy tylko skoczycie - uśmiechnęła się blondynka. Była na prawdę szczęśliwa, że jej córka wróci do domu cała i zdrowa.
     Klaus skinął jej n pożegnanie i zniknął w nocnym krajobrazie.
     Gdy zjawił się w pokoju, gdzie leżała Caroline, zobaczył, że całe pomieszczenie rozświetlone jest świecami, które ustawione jedna obok drugiej, tworzyły okrąg. W samym jego środku leżała Caroline. Byłą tak samo nie przytomna jak wcześniej, tak samo martwa.
     - Mam - odezwał się Klaus i podał szklane naczynie czarownicy. - Stań pod ścianą - poleciła mu. Sama zaś weszła w krąg i usiadła obok ciała blondynki. Obok siebie postawiła naczynie z krwią, a także drugie z wodą, miała także trzecią, małą miseczkę, w której rozgniotła owoce czarnego bzu oraz tojad. Zaczęła szeptać coś pod nosem, Klaus widział, że są to zaklęcia. Wiedźma zamknęła oczy i całkowicie oddała się magi, która teraz kurowała nią, a nie na odwrót. Nagle ogień ze świec podniósł się o trzy poziomy do góry i zaczął dziwnie syczeć, jakby szeptać razem z czarownicą, wszystko to było raczej niepokojące.
     Klaus stał i patrzył z niepokojem na działania wiedźmy, która teraz zaczęła się trząść, jakby traciła kontrolę nad ciałem. Już chciał coś krzyknąć, ale dziewczyna głośniej zaczęła akcentować wyrazy. Miała zamknięte oczy, ale mimo to podniosła naczynie z krwią i wlała płyn do drugiej miski, gdzie była przygotowana mieszanka z roślin. Klaus przyglądał się jak ni z tego, ni z owego w tymże naczyniu zapala się ogień, który spaja wszystkie składniki i po chwili wypala je na popiół. Czarownica coraz wolniej mówiła kolejne słowa zaklęcia, jej ciało także się uspokoiło. Po kilku chwilach otworzyła oczy i zamilkła.
     - To już? - zapytał Klaus niecierpliwie. - Dlaczego ona wciąż się nie obudziła?!
     - To jeszcze nie koniec - wyjaśniła czarownica nie patrząc na pierwotnego. Podniosła ostrze i przesunęła je po skórze Caroline. Z rany trysnęła krew, co było pierwszym znakiem, że dziewczyna ta na prawdę nie umarła, a faktycznie była pod wpływem uroku.
     Wiedźma zabrała trochę krwi i zlała ją do naczynia z popiołem po czym wszystko razem wymieszała, tworząc coś na kształt mikstury.
     - Ona musi to wypić - powiedziała czarnowłosa. - Pomóż mi.
     Klaus momentalnie podszedł do czarownicy i usiadł obok ciała Caroline, po czym podniósł je do pozycji siedzącej. Dziewczyna była ciężka i bezwładna, jej głowa od razu opadła na pierś pierwotnego. Klaus usztywnił jej szyję tak, by mogła przyjąć miksturę. Trzymał ją mocno, ta jakby od tego zależało jego własne życie. W pewnym sensie była to prawda. Czarownica wlała płyn do gardła blondynki.
     Nic się nie wydarzyło.
     - Co teraz? - zapytał pierwotny.
     - Musimy czekać - odparła.
     - Tylko tyle? Powiedziałaś, że się obudzi! - zagrzmiał.
     - Obudzi się, nie mam co do tego żadnych wątpliwości - uśmiechnęła się uspokajająco. - Moje zadanie jest już zakończone. Myślę, że mogę już odejść.
     - Nie tak szybko. Co jeśli kłamiesz - syknął.
     - Wtedy znajdziesz mnie i zabijesz, wiem o tym. Jesteś świadoma konsekwencji. Ale jestem też pewna wygranej - powiedziała i skierowała się do wyjścia. Klaus nie podążył za nią. Uwierzył wiedźmie, chociaż powinien być bardziej nieufny.
     Przeniósł Caroline z powrotem na łóżko, sam także znalazł sobie tam miejsce. Oparł jej ciało o swoje, trzymał ją w ramionach i oczekiwał tego jednego, upragnionego momentu, w którym znów zobaczy jej uśmiech, jej piękne niebieskie oczy. Gładził jej policzek, włosy, dłonie. Chciał być jak najbliżej niej.
     W pewniej chwili poczuł, że jej ciało drży. Odsunął o kilka centymetrów, oszołomiony, że to już przyszedł czas. Z wyczekiwaniem przypatrywał się w jej twarz, która zaczęła się lekko poruszać. Nie była już kamienna i pusta, a znów nabrała blasku. Pierwotny patrzył jak jego ukochana budzi się z długiego snu.
     - Dzień dobry, słoneczko - szepnął do jej ucha najspokojniejszym głosem na jaki było go stać. Nie chciał jej przestraszyć na dzień dobry. Caroline lekko uchyliła powieki, wyglądała na zaspaną i zdezorientowaną. Otworzyła szerzej oczy i zobaczyła jaśniejącą twarz człowieka, którego jeszcze nie dawno myślała, że nic nie zdoła uratować.
     Wiedziała, że udało się już ja uratować, teraz wszystkim będzie mogła wyjaśnić co się tak na prawdę stało. Patrzyła na Klausa, który wydawał się błyszczeć, jakby poświata ognia odziała go w złoto. Wyglądał zniewalająco pięknie. Po całym dniu obserwacji jego poczynań, Caroline widziała jego drugą stronę; tą przyjazną, współczującą, kochającą, tą człowieczą, której zawsze szukała. Uwierzyła, że można go zmienić na lepsze i tylko ona ma prawo i możliwość to zrobić.
     - Udało ci się - odezwała się, a jej głos wydawał się być zachrypnięty.
     Klaus zmarszczył czoło.
     - Uratowałeś mnie - dodała, widząc jego wyraz twarzy. - Dziękuję - powiedziała z wdzięcznością i wtuliła się w jego ramię, które wciąż ją obejmowało. Czuła się najbezpieczniej na świecie, teraz była schowana przed całym światem.
     - Przyznam, że nie było łatwo - odparł uśmiechając się do niej. Znów widział jej uśmiech, blask,który od niej bił i jej szczęście. Wyczul spokój, który był w niej w tej chwili.
     - Klaus... - zaczęła, odrywając się do jego ciała. Podniosła się do pozycji siedzącej, by móc spojrzeć mu w oczy. - Ja wszystko widziałam... słyszałam - powiedziała cicho, ale nie spuściła zawstydzonego wzroku.
     Klaus wydawał się być zdziwiony.
     - Jak to widziałaś? - zapytał mrużąc oczy.
     - Wtedy, gdy mnie zobaczyłeś po raz pierwszy... Ja byłam wtedy w pokoju, widziałam twoją reakcję i słyszałam co mówiłeś, o czym myślałeś. Czułam to, co ty wtedy czułeś - wyjaśniła, a po jej policzku popłynęła łza. - Już wszystko przemyślałam  rozumiem, na prawdę- dodała, a głos jej zadrżał.
     Pierwotny patrząc jej w oczy, dłonią starł łzy z jej skóry i pokrzepił ją ciepłym uśmiechem.
     - Niezła szopka, co? - zaśmiał się, a Caroline odpowiedziała mu tym samym.
     Nastała krępująca cisza.
     - Co ja mam z tym zrobić? - zapytała, ale nie z powodu niepewności, chciała raczej poznać jego zdanie.
     - Chcesz wiedzieć co myślę? - Caroline kiwnęła głową potwierdzając. - Ja myślę, że powinnaś się otworzyć.
      Dziewczyna przeczuwała, że właśnie taka będzie jego odpowiedź. Uśmiechnęła się, spuszczając wzrok. Właśnie teraz przypomniała sobie te wykrzyczane i wyszeptane słowa skierowane właśnie do niej. Powróciła do chwili, gdy Klaus zaprosił ją na bal, gdy razem wirowali na parkiecie. Przed oczami ukazały się ich kłótnie i te zabawne momenty. Wszystko zostało przypieczętowane, gdy zapłakał gorzko nad jej ciałem. Wtedy duch Caroline, który stał tuż obok, płakał razem z nim, odczuwając tysiąc emocji, które wybuchły wewnątrz Klausa.
     Caroline podniosła wzrok. Pierwotny cały czas wpatrzony był w jej twarz.
     - Ty już mnie uratowałeś - szepnęła. - Teraz ja chcę uratować ciebie - dodała i widząc jego dezorientację, bez żadnych zbędnych wyjaśnień znalazła się przy nim. Uśmiechnęła się słodko i po prostu skróciła dystans między nimi do zera. Połączył ich pocałunek tak potężny i silny, że nawet trzęsienie ziemi nie dało by mu rady. Był to pierwszy tak prawdziwy pocałunek, jaki oboje przeżyli w swoim życiu; pełen pasji, emocji i uczuć jakie skrywali w sobie aż do tej chwili. Nie był jednak jakimś wulgarnym impulsem. Był delikatny jak płatki kwiatów, orzeźwiający jak letni wietrzyk, który muskał ich wargi. Stali się jednością, którą nigdy nie spodziewali się zostać.
     Teraz już wszystko miało być dobrze.

____________

Zbliżamy się do finiszu, kochani. Jak wasze odczucia po przeczytaniu? Rozdział jeszcze nie poprawiony, więc nie zwracajcie uwagi na błędy. 
Proszę was o komentarze, bo to one sprawiają, że budzi się we mnie potworek, zwany Weną :)
   

Główna
Rozdziały
Postacie
Polecam
Zapytaj!