środa, 3 lutego 2016

Oczy w Ogniu


Witajcie ponownie. Jeśli ktokolwiek tutaj jeszcze zagląda, to chciałabym zaprosić do lektury nowego opowiadania.




Pozdrawiam i zapraszam do czytania i komentowania.

sobota, 4 października 2014

Rozdział 28

Przypadki nigdy nie są powiązane



     Elijah zbliżał się szybkim krokiem do samochodu zaparkowanego na poboczu. Przeszukiwał las, a on zdawał się nie mieć końca. Bezsilność, którą odczuwał sprawiała, iż nie miał już sił. Szukał swojej ukochanej od wielu godzin. Jego nadprzyrodzone umiejętności pozwalały na o wiele szysze poszukiwania. To jednak nie dawało żadnych efektów... Czuł się jak zagubione dziecko, które jest tylko i wyłącznie uzależnione od kogoś silniejszego. Ale jak to? Przecież to własnie on był najstarszą i jedną z najsilniejszych istot na ziemi, więc jakim cudem, ktoś przewyższał go swoją siłą? Reg zdecydowanie miał mniejszą moc niż pierwotny. W bezpośrednim starciu mógłby być starty w proch. Jednak to właśnie ten natrętny, żądny zemsty wampir wyszedł na prowadzenie. Chciał pokoju... Jasne. Elijah wiedział już od samego początku, że zawieszenie broni nie wchodziło w grę. Walsh tylko udawał, że chce się pogodzić, to była sprytnie rozegrana strategia. Teraz Elijah był w polu, dosłownie i w przenośni. Elena jakby rozpłynęła się w powietrzu...
      Wampir stał przy aucie i patrzył się przed siebie nieobecnym wzrokiem. Myślał. Owiewało go chłodne, letnie powietrze. Początek czerwca przyniósł z sobą piękną pogodę, jednak nie była ona żadnym pocieszeniem. Pierwotny, czując kolejny mocniejszy podmuch wiatru, otrząsną się z rozmyśleń i na jego twarz wpłynęła złość, wściekłość. Jakim prawem ktokolwiek odbierał mu szczęście? Osobę, na której mu zależało? Przecież jest pierwotnym wampirem! 
     Momentalnie kopnął z całej siły w karoserię samochodu, która odgniotła się znacznie. Przeklął pod nosem i wsiadł do samochodu. Miał ruszać dalej, być może, za kolejnym zakrętem dojrzy pierwszy ślad? Usiadł za kierownicę, jednak nie zapalił silnika. Ponownie zalała go fala goryczy, żalu i niemożności wobec całej sytuacji. Był po prostu bezradny, zdany na łaskę lub nie łaskę przeciwnika... 
     Zaczął obwiniać siebie za to, że nie był przy dziewczynie, którą przecież kochał. Potrzebowała go, a on się nie zjawił. Modliła się o ratunek, ale on nigdy nie nadszedł. To były jego najcięższe myśli... Zadrżał, widząc makabryczne sceny w swojej głowie, był jednak zbyt silny, zbyt dumny, by zapłakać i odpłynąć wraz z falą żalu. Westchnął tylko ciężko i pochyliwszy się, oparł czoło o kierownicę. Tkwił tak przez moment. Potem odjechał.



    Klaus stał w głównym holu swojego domu na obrzeżach miasta. Wpatrywał się młodą czarownicę o hebanowych włosach. Była to ta sama dziewczyna, z którą Elijah spotkał się kila miesięcy temu. Pierwotny wyczekiwał jej słów.
    - Więc po tak długim czasie czegoś ode mnie żądasz? - prychnęła.
    - Nigdy nie mówiłem, ze będzie to znajomość krótkookresowa, kochana.
    - O mało mnie nie zabiłeś ostatnim razem! --podniosła głos. -  teraz śmiesz czegokolwiek ode mnie chcieć?!
    - Nie zapominaj się - zmrużył oczy wrogo. - Zrobisz to, co ci każę, inaczej będziesz wciąż tutaj stać, gdy twoja głowa odwiedzi zachodnie wybrzeże - syknął.
   Wiedźma założyła ręce na pierś i patrzyła się naburmuszonym wzrokiem. Klaus musiał przyznać, że wyglądała wtedy jak nadęte dziecko.
    - Nie rusza mnie ta zagrywka, nie chciałbyś mnie tutaj, gdybyś miał inne wyjście - warknęła. - Jestem ci potrzebna, nic mi nie zrobisz - skwitowała.
    - Oh... - uśmiechnął się jadowicie. - Na prawdę tak uważasz?
      W mgnieniu oka przyciął ją do ściany i podniósł do góry, trzymając mocno jej gardło. Dziewczyna zaczęła się krztusić i próbowała zrzucić dłonie ze swojej szyi.
     - To co? Jak będzie? - uśmiechał się do niej krzywo. Wiedźma zaczęła coś charczeć, jakby chciała się odezwać. Klaus puścił ją i upadła z wielkim impetem na podłogę.
     - Chcę coś w zamian - wyszeptała, trzymając się za obolałe gardło, na którym pojawiły się ciemne ślady.
     - Proszę, proszę... Jeszcze śmiesz negocjować? Zapomnij.
     - Nie robię nic za darmo - syknęła w złości.
     - Pamiętaj, że cały czas jest możliwość jednostronnej podróży twojej głowy do Los Anegles, jak wolisz - uśmiechnął się chytrze.
     - Jeśli zrobię, to, czego ode mnie żądasz - zaczęła wstając z podłogi - to ty zapomnisz o mnie raz na zawsze. Zostawisz mnie w spokoju, i nie będę miała nic wspólnego z twoimi interesami, ani twoją rodziną. Mamy umowę?
     Klaus stał na przeciwko niej i kalkulował w głowie wszystkie za i przeciw. Na koniec uśmiechnął się uroczo.
     - Dobrze, mogę przystać na takie warunki.
     Pierwotny po chwili odwrócił się i skierował na schody. Czarownica podążyła za nim. Oboje weszli na pierwsze piętro i Klaus zwrócił się w ciemny, długi korytarz. Po chwili pchnął drzwi, które zaskrzypiały złowrogo. Pokój, który się im ukazał był równie ciemny i mroczny. Nie było tam żadnego oświetlenia, a wszystkie okna zasłonięte zostały ciężkimi kotarami. Tylko kilka świeczek stało na szafce nocnej i zapraszało swoim ciepłym ognikiem, by podejść bliżej. Wiedźma po chwili zauważyła, że na potężnym łóżku leży drobna blondynka.
     - Co to ma być? - zdziwiła się ciemnowłosa, spoglądając z ukosa.
     - Właśnie to, czym masz się zająć. Moja przyjaciółka - pokazał dłonią na Caroline - ona... Został rzucony na nią pewien urok - wyjaśnił. Czarownica przymrużyła oczy. - A ty masz go zdjąć.
     - Co to za urok? Jakiś rodzaj klątwy?
     - Nie, to nie klątwa - odparł. - Już kiedyś spotkałem się z tymi czarami, było to co prawda bardzo dawno temu, w średniowieczu, ale takach rzeczy się ie zapomina.
     - A więc? Co to za urok?
     - To czary wilkołaków.
     - Wilkołaków? - zaśmiała się czarownica. - Przecież każdy o zdrowych zmysłach wie, że wilkołaki nie posiadają żadnej magii - prychnęła.
     - Zwykłe nie, jednak jest jedna grupa tych stworzeń, które mają możliwość rzucania właśnie tego, jednego uroku. Pierwsza generacja, pierwotne wilkołaki - wyjaśnił.
     - Pierwsze stworzone wilkołaki? - zdziwiła się czarownica. Klaus pokiwał głową. - Ale toby oznaczało, że w Mystic Falls  musiał pojawić się pierwotny wilkołak, a to jest niedorzeczne.
      - Innego wyjaśnienia nie ma.
      Czarownica podeszła wolno w kierunku Caroline.
      - Przecież ona nie żyje, nie widzę u niej żadnych funkcji życiowych...
      Klaus skrzywił się na te słowa.
      - Otwórz jej oczy - polecił, a czarownica zrobiła co jej kazał. Białka Caroline miały czarną barwę. Ten widok dawał niezaprzeczalnie przerażający efekt. - To właśnie jest efekt działania tego uroku - wyjaśnił, widząc na twarzy dziewczyny zdziwienie.
     - Nie pomyślałeś, że to po prostu jakiś uraz? Możliwe, że jej głowa doznała ciężkich obrażeń i krwiak śródczaszkowy po prostu sprawił, że jej oczy zabarwiły się na czarno...
     - Wierzę, że jeśli coś zdarza się dwa razy tak samo, to na pewno się ze sobą łączy. Przypadki nigdy nie są powiązane - skwitował.
     - Więc chcesz teraz żebym zdjęła ten urok? Ciekawe jak mam to zrobić, nie wiedząc nic, a nic o tych, jak to powiedziałeś, wilkołackich czarach. Nie mam żadnych danym, kompletnie nic. Nie wiem jak mam się tym zająć!
    - Zrobisz to, co ci każę, inaczej porozmawiamy inaczej - warknął Klaus, który po woli tracił cierpliwość. - Mogę jedynie dać ci kilka zapisków, w których opisałem ten urok wiele lat temu.
    - Dobre to, niż nic - mruknęła czarownica.
     Klaus na moment odwrócił się od dziewczyny i zaczął szperać w swoich dokumentach, które walały się na biurowym blacie. Po chwili trzymał już małą stertę kartek, które przekazał wiedźmie.
    - Tutaj jest wszystko, co wiem. Myślę, że wystarczy.
    - Nic nie obiecuję - mruknęła dziewczyna.
    - Lepiej daj z siebie wszystko, bo się policzymy - warknął złośliwie i obserwował jak czarownica rozkłada papiery na podłodze, po czy siada i bierze pierwszy z nich do ręki. - Nie próbuj żadnych sztuczek - ostrzegł ją. Potem skierował się do wyjścia z pokoju.
     Czarownica zaczęła czytać dane jej zapiski, starała się analizować wszystko dokładnie, aby znaleźć odpowiedź na swoje pytania. Ne wiedziała jednak, że nie jest sama w pomieszczeniu. Bowiem Caroline wcale nie była nieobecna. Nie pałętała się gdzieś po drugiej stronie w ciemnościach. Nie szukała swoich zmarłych przyjaciół, by móc się z nimi zobaczyć chociaż na kilaka chwil. Caroline Forbes była wśród żywych jako duch. Od samego początku, od swojej dziwnej śmierci, cały czas była obecna duchem. Chodziła uliczkami miasta, odwiedzała swoich przyjaciół i zapłakaną matkę, która starała się znaleźć jej ciało, po tym jak bezwzględna hybryda je wykradła. Widziała wszystko, słyszała każde słowo, czuła to, co odczuwali jej bliscy po wielkiej stracie. Krzyczała, wrzeszczała, tupała nogami, ale nie mogła dać nikomu żadnego znaku, że jednak ich słyszy, że stoi obok i rozumie co się stało.
     Caroline stała w swojej długiej sukience balowej i przyglądała się czarownicy, która pod groźbą śmierci próbowała ją uratować. Oczywiście nie pochwalała takiego zachowania u Klausa, jednak rozumiała, że robi to z desperacji. Przecież była tedy w swoim pokoju, widziała jego reakcję. Po raz pierwszy w życiu nie dostrzegała w nim nic nienaturalnego, nic zwierzęcego. Nie było już bezwzględnego Klausa, był tylko zagubiony, zdruzgotany człowiek, który myślał, że stracił kogoś, kto podtrzymywał jego duszę w świetle. Caroline zrozumiała, że on jej potrzebuje. Jednak nie zdawała sobie wcześniej sprawy, że jego uczucia są aż tak wyraziste, aż tak potężne. Nie chciała wierzyć, że to może dziać się na prawdę. Cały czas wmawiała sobie, że on chce ją tylko mieć, posiadać, jak jakieś złote trofeum na kominku. Chce być zdobywcą. Teraz jednak nareszcie zrozumiała, że to nie chęć wygranej, nie pragnienie posiadania przez niego przemawiało. Teraz dopiero dotarło do niej, że to jednak prawdziwe uczucie, które z czasem rozwinęło się tak bardzo, że teraz jest już pnączem roślin, które oplatają jego serce tak mocno, iż potrafił zrzucić z siebie swoją bezwzględność i nienawiść. To dało jej nadzieję, że tego człowieka da się uratować, da się ocalić jego człowieczeństwo, które okazał. Caroline uświadomiła sobie, że jest jedyną osobą, która może to zrobić. Słyszała jego myśli krzyczące, że była jego pięknym aniołem stróżem, który ciągnął jego nieśmiertelną duszę ku światłości.



     Elena otworzyła oczy.
     Czuła się nieco dziwnie... odrętwiała. Nie czuła swoich rąk, nóg, nie mogła się ruszyć. Nie wisiała już jednak głową w dół. Siedziała, a tak na prawdę leżała w wygodnym, skórzanym fotelu. Szybko omiotła całe pomieszczenie wzrokiem. To z pewnością nie była jej zimna, wilgotna cela gdzieś w ciemnych podziemiach. Dookoła niej było cicho, a w powietrzu unosił się zapach jakichś ziół, których nie potrafiła zidentyfikować.
    Czuła się dobrze. Nic ją nie bolało, a rana na szyi całkowicie się wygoiło. A jednak. Lek Rega podziałał i została uleczona. Wszystko dookoła jednak było na tyle dziwne, że Elena zaczęła zastanawiać, że czy przypadkiem już nie umarła. Tajemnica w powietrzu jeszcze bardziej wyostrzyła jej zmysły. Nadal jednak ie mogła się ruszyć, aby zbadać okolicę. Trwała tak w ciszy i czekała, aż zjawi się ktoś, kto wyjaśni jej choć w małym stopniu, co się tutaj dzieje.
     Tak jak podejrzewała, za kilkanaście minut zjawił się Reg. Miał jak zwykle na ustach swój czarujący uśmieszek, który budził w Elenie agresję.
     - Gdzie jesteśmy? - warknęła wampirzyca.
     - W moim domu - wyjaśnił Reg spokojnie. - Za jakąś chwilę będziesz mogła się ruszać - stwierdził.
     - I co niby zamierzasz teraz ze mną zrobić? - jej głos zdradzał nieukrywaną złość.
     - Wiesz... - Walsh zaczął okrążać fotel, na którym siedziała - myślałem całą noc i w końcu wymyśliłem coś wspaniałego - zaśmiał się beztrosko, jakby właśnie wymyślił nową zabawę.
     - Czyżby? Nie wiem, do czego jestem ci potrzebna. Nie mam żadnych informacji, których możesz szukać. wypuść mnie!
     - Ani mi się śni, skarbie - pokazał słodki uśmiech, przysuwając się do jej twarzy. Elena poczuła, że w tej właśnie chwili jej palce zaczęły lekko drżeć. Był to znak, że niebawem odzyska kontrolę nad ciałem. - Czujesz to? - zapytał szepcząc. - Budzisz się do życia. Nie zdążysz jednak nic zrobić, kochana... - dodał, udając smutek. Elena zmrużyła oczy wściekle. Zaraz wstanie i rozerwie go na strzępy!
     W tej chwili Reg złapał ją za szyję i przycisną z całej siły do oparcia fotela. Elena zaczęła się lekko szamotać, bo czuła powracającą siłę. Nie mogła jednak wyrwać się w żaden sposób.
     - Czy kiedykolwiek marzyłaś, by uwolnić się od tego nędznego miasteczka, od wszystkich problemów, popapranych egoistów, którzy cię otaczają? - zapytał niemalże uwodzącym głosem. Elena wzdrygnęła się na te słowa, czując wciąż jego ucisk na szyi. - Bo wiesz... - zawinął sobie jej kosmyk włosów na palec. - Jesteś tak zapatrzona w swojego Elijah, że nie widzisz w nim wad, nie dostrzegasz jego łgarstwa i podstępu jakim cię mami, kochana. On wszystkich traktuje tak samo, z góry. Myślisz, że jesteś jakimkolwiek wyjątkiem? Dla niego jesteś nikim - szepnął jej do ucha.
     - Nic nie wiesz o mnie, ani o nim - wychrypiała z trudem. Reg zelżył trochę uścisk.
     - Wiesz co? Dzisiaj jestem w dobrym humorze - stwierdził, patrząc jej w oczy. - Uwolnię cię od tego całego nonsensu, w jaki się wdałaś. Nie będziesz mieć już żadnych problemów, a ja w końcu dostanę swoją zemstę. Co ty na to? - zapytał z entuzjazmem.
     - Wal się - warknęła Elena i ponownie spróbowała się wyswobodzić.
     - Wiem, że w głębi duszy tego pragniesz. Wolności. Niezależności.
      Elena przyjmowała jego słowa z porem. Nie chciała tego słuchać,Jednak mimo wszystko, on mała rację w jakimś stopniu. Ona chciała być wolna. Miał już dosyć wszystkich kłopotów. Ciągłego strachu o bliskich i zagrożenia, które prędzej, czy później znów odwiedzi Mystic Falls. Nie chciała jednak odchodzić od tego wszystkiego. Musiała walczyć! Musiała ocalić wszystkich i w końcu zaznać spokoju. Ale nie gdzieś daleko, a właśnie tutaj, gdzie był jej dom.
     - Nie masz pojęcia o moim życiu - warknęła z mocą. Była wściekła głównie na siebie, że przez jedną sekundę pomyślała, że on a rację!
     - Kiedyś mi podziękujesz - powiedział przesłodzonym głosem. Elena zaczęła się szarpać już z całej siły. Jej kontrola nad ciałem wróciła w pełni i mogła podjąć kolejną próbę uwolnienia się od wampira. Było to jednak bezcelowe. Reg był zbyt silny.
     - Zostaw mnie w spokoju! - wrzasnęła, co zabrzmiało nad wyraz dziecinie.
     Reg mocniej zacisnął jej gardło  spojrzał jej prosto w oczy.
     - Od dzisiaj nie nazywasz się już Elena Gilbert - zaczął spokojnym głosem. Elena od razu się uspokoiła, jej ciało opadło i rozluźniło się. Reg był inny niż wszystkie wampiry, został ulepszony dzięki magii, dlatego Elena był podatna na jego hipnozę.
     - Nie nazywam się Elena Gilbert - powtórzyła po nim.
     - Doskonale. Jesteś teraz... Hmm... Jakby cię tu nazwać - Reg zmierzył ją wzrokiem. - Może... Emily? Tak, myślę to Emily do ciebie pasuje, kochanie. Jesteś teraz Emily Sullivan.
     - Jestem Emily Sullivan.
     - Jesteś wampirem, ale nie wiesz, kto cię przemienił. Twoi rodzice nie żyją, zostałaś sierotą bez żadnej rodziny. W Mystic Falls byłaś tylko przejazdem, ale nie znalazłaś nic ciekawego. Jestem twoim dawnym przyjacielem, który towarzyszył ci w drodze - Reg pomyślał chwilę. Zarachowywał się jak pisarz, który właśnie buduje życiorys jednego z bohaterów książki. - Teraz jednak wyjeżdżasz sama na zachód, chcesz iść na studia i żyć bezproblemowe życie, wtopić się w społeczeństwo. To był mój pomysł, za który jesteś mi wdzięczna. Znajdziesz swoje miejsce i będziesz żyć tak jak zawsze chciałaś - zakończył z uśmiechem na ustach.
    Teraz zakończyła się jego zemsta. Odebrał Elijah osobę, na której mu zależy. Pierwotny poczuje to samo, co poczuł on, gdy tamte odebrał mu silą Amandę. Zabił ją z zimną krwią tylko dlatego, by się odegrać. Tak właśnie myślał Walsh.
    Puścił Elenę, która swobodnie podała na oparcie fotela. Była przez moment rozkojarzona, lecz po chwili odzyskała orientację.
    - Witaj Reg! - uśmiechnęła się przyjaźnie w stronę wampira, który stał przed nią. - Musiałam chyba usnąć... Jak minął ci dzień?
    - Całkiem dobrze, nie narzekam - odparł. - Chciałem cię obudzić, bo pora już jechać - uśmiechnął się.
    - Tak, wiem... Już się zbieram - odparła i szybko wstała z miejsca, czując lekkie zawroty głowy.
    - Wszystko w porządku? - zapytał Walsh, udając troskę.
    - Tak... Czuję się dobrze.
    - Możesz wziąć mój samochód - zaproponował. Sam siebie w duchu pochwalił, że umie aż tak dobrze udawać aktora.
    - Dziękuję, to miłe z twojej strony.
    - Nie bierz żadnych rzeczy... - machnął ręką Reg. - Jesteś przecież wampirem, możesz mieć wszystko, czego zapragniesz - zaśmiał się.
     - Tak, to prawda. Całkowita wolność, niezależność - uśmiechnęła się szeroko.
     Już za kilka minut siedziała za kierowcą srebrnego kabrioletu, a na jej twarzy malowało się szczęście.
     - Dziękuję ci za wszystko - powiedziała w kierunku wampira, który stał obok auta.
     - Nie ma o czym mówić - odparł.
     Elena pomachała mu szybko i wcisnęła gaz do dechy. Przekroczyła granice Mystic Falls jako Emily Sullivan.
   


     Tymczasem wiedźma w domu pierwotnych znalazła sposób na uwolnienie Caroline od wilkołackiego uroku. Przejrzała wszystkie zwoje i miedzy wierszami przeczytała rozwiązanie zagadki. Wiedziała już co musi zrobić, by odczynić magię.
     - Halo? Jest ktoś w tym domu? - zawołała, wychodząc w pokoju, w którym przesiedziała ostatnie kilka godzin.
     Nikt się nie raczył odezwać. Klaus najprawdopodobniej wyszedł z domu. Czarownica nie myślała, że jest aż takim ignorantem. Zawołała raz i jeszcze jeden, ale nikt się nie zjawił. Wyszła więc na korytarz i zeszła schodami w dół. Gdy przechodziła przez salon, zauważyła, że jednak nie jest sama  tym domu. Na kanapie bowiem, siedziała jakaś blondynka.
     - Przepraszam? Potrzebuję pomocy - odezwała się.
     Rebeka odwróciła głowę i spojrzała obojętnie na czarnowłosą dziewczynę. Po chwili, w milczeniu, z powrotem zajęła się czytanie jakiegoś babskiego czasopisma.
      - Halo? Chyba nie jesteś głucha!
     Rebeka w mgnieniu ok znalazła się przy czarownicy, podniosła ją lekko do góry i ścisnęła jej gardło. "Znowu..." - pomyślała dziewczyna.
     - Nie będziesz się tak do mnie zwracać, brudna wiedźmo - warknęła wściekle Rebeka.
     - Co się tutaj dzieje? - zapytał Klaus, który właśnie wszedł do salonu. - Puść ją, siostro.
     - Pilnuj swoich wiedźm, Niklaus! Plączą mi się pod nogami.
     - O co chodzi? - zwrócił się do czarownicy, którą Rebeka zostawiła już w spokoju.
     - Znalazłam sposób. Potrzebuję pomocy - odparła lakonicznie. - Potrzebuję miskę z wodą, dwadzieścia świec oraz owoce czarnego bzu i kilka kwiatów tojadu - wyjaśniła. Klaus bez słowa kiwnął głową i zniknął. Nie minęła minuta, a on był już z powrotem. W rękach trzymał wymagane rośliny, które bez słowa zaniósł na górę. Czarownica ruszyła za nim.
     - Zaraz będziesz miała resztę.
     - Klaus... - odezwała się. - Jest jeszcze jeden problem...
     - To znaczy?
     - Potrzebna jest nam krew.
     - Cóż to za problem, określ tylko jaką i zaraz będziesz ją miała - zaśmiał się cicho, był poniekąd rozbawiony tym :problemem".
     - Ale chodzi tutaj o konkretną krew - odparła. - Potrzebna jest na krew rodzinna; brata, siostry, matki...
     Klaus zamyślił się na moment.
     - To da się załatwić. Zaraz wracam.
   
     Po chwili pierwotny był już przed drzwiami rodzinnego domu Caroline, gdzie niewątpliwie przebywała jej matka. To właśnie ona otworzyła mu drzwi.
    - Klaus! - wrzasnęła. - Oddaj mi natychmiast Caroline! Szukałam jej przez ten cały czas. Gdzie ona jest?! Musze ją pochować! - Liz rzuciła się na niego z pięściami, całkowicie zignorowała taką możliwość, że pierwotny po prostu ją zaraz zabije. Było jej wszystko jedno. Chciała odzyskać swoje dzieci.
     Klaus lekko uśmiechnął się pod nosem.
     - Nikogo nie trzeba chować - powiedział spokojnie, odsuwając ją wolno od siebie. - Zabrałem ją, gdyż mam sposób, aby ją ożywić.
     - Co ty wygadujesz? - po policzkach kobiety spływały łzy.
     - Ona nie umarła. Liz. Został na nią rzucony urok, którym właśnie zajmuje się moja wiedźma. Zaraz Caroline znowu będzie wśród nas - wyjaśnił.
     Liz zaszlochała jeszcze głośniej, nie wiadomo, czy ze szczęścia, czy ze smutku. Klausowi zrobiło się poniekąd jej szkoda. Straciła Caroline tak samo jak i on. Teraz jednak jest nadzieja, że wszystko wróci do normy.
     Pierwotny przyciągnął kobietę do siebie i uścisnął ją pokrzepiająco.
     - Będzie dobrze - powiedział cicho. - Uspokój się...
     W tym samym czasie Caroline Forbes stała w głębi swojego domu i obserwowała te cenę z uśmiechem. Na jej policzkach także zaszkliły się łzy.
     - Potrzebuję od ciebie jednej rzeczy, by udało mi się zdjąć urok - powiedział po chwili, odsuwając od siebie Liz.
     - To znaczy? - zapytała, pociągając nosem.
     - Muszę zdobyć twoją krew -odparł spokojnie i od razu zobaczył przerażenie w jej oczach. - Nie, nie dużo. Tylko trochę - dodał, uspokajając ją od razu.
     - Dobrze - zgodziła się i na moment zniknęła w czeluściach domu. Po chwili przyniosła ze sobą nóż kuchenny i niewielkie, szklane naczynie. Przyłożyła sobie ostrze do nadgarstka.
     - Może lepiej ja to zrobię? Wiem, gdzie przeciąć, byś nie wykrwawiła się na śmierć - uśmiechnął się lekko pod nosem. Liz bez slow podała mu nóż i nadstawiła rękę. Klaus zrobił małe nacięcie, z którego popłynęła stróżka jasnej, czerwonej krwi.
     - Już chyba wystarczy - stwierdził pierwotny. Liz od razu zacisnęła rękę, by nie sączyła się z niej krew. Klaus widząc to, wyciągnął z kieszeni spodni małą fioleczkę z ciemnym pyłem.
     - To moja krew. Wypij ją, a zaraz twoja rana zniknie - polecił. Liz chwyciła fiolkę z wdzięcznością. - Dziękuję.
     - Tutaj chodzi o Caroline. Nie masz za co dziękować - odparła. - Odwieź ją proszę do domu, gdy tylko skoczycie - uśmiechnęła się blondynka. Była na prawdę szczęśliwa, że jej córka wróci do domu cała i zdrowa.
     Klaus skinął jej n pożegnanie i zniknął w nocnym krajobrazie.
     Gdy zjawił się w pokoju, gdzie leżała Caroline, zobaczył, że całe pomieszczenie rozświetlone jest świecami, które ustawione jedna obok drugiej, tworzyły okrąg. W samym jego środku leżała Caroline. Byłą tak samo nie przytomna jak wcześniej, tak samo martwa.
     - Mam - odezwał się Klaus i podał szklane naczynie czarownicy. - Stań pod ścianą - poleciła mu. Sama zaś weszła w krąg i usiadła obok ciała blondynki. Obok siebie postawiła naczynie z krwią, a także drugie z wodą, miała także trzecią, małą miseczkę, w której rozgniotła owoce czarnego bzu oraz tojad. Zaczęła szeptać coś pod nosem, Klaus widział, że są to zaklęcia. Wiedźma zamknęła oczy i całkowicie oddała się magi, która teraz kurowała nią, a nie na odwrót. Nagle ogień ze świec podniósł się o trzy poziomy do góry i zaczął dziwnie syczeć, jakby szeptać razem z czarownicą, wszystko to było raczej niepokojące.
     Klaus stał i patrzył z niepokojem na działania wiedźmy, która teraz zaczęła się trząść, jakby traciła kontrolę nad ciałem. Już chciał coś krzyknąć, ale dziewczyna głośniej zaczęła akcentować wyrazy. Miała zamknięte oczy, ale mimo to podniosła naczynie z krwią i wlała płyn do drugiej miski, gdzie była przygotowana mieszanka z roślin. Klaus przyglądał się jak ni z tego, ni z owego w tymże naczyniu zapala się ogień, który spaja wszystkie składniki i po chwili wypala je na popiół. Czarownica coraz wolniej mówiła kolejne słowa zaklęcia, jej ciało także się uspokoiło. Po kilku chwilach otworzyła oczy i zamilkła.
     - To już? - zapytał Klaus niecierpliwie. - Dlaczego ona wciąż się nie obudziła?!
     - To jeszcze nie koniec - wyjaśniła czarownica nie patrząc na pierwotnego. Podniosła ostrze i przesunęła je po skórze Caroline. Z rany trysnęła krew, co było pierwszym znakiem, że dziewczyna ta na prawdę nie umarła, a faktycznie była pod wpływem uroku.
     Wiedźma zabrała trochę krwi i zlała ją do naczynia z popiołem po czym wszystko razem wymieszała, tworząc coś na kształt mikstury.
     - Ona musi to wypić - powiedziała czarnowłosa. - Pomóż mi.
     Klaus momentalnie podszedł do czarownicy i usiadł obok ciała Caroline, po czym podniósł je do pozycji siedzącej. Dziewczyna była ciężka i bezwładna, jej głowa od razu opadła na pierś pierwotnego. Klaus usztywnił jej szyję tak, by mogła przyjąć miksturę. Trzymał ją mocno, ta jakby od tego zależało jego własne życie. W pewnym sensie była to prawda. Czarownica wlała płyn do gardła blondynki.
     Nic się nie wydarzyło.
     - Co teraz? - zapytał pierwotny.
     - Musimy czekać - odparła.
     - Tylko tyle? Powiedziałaś, że się obudzi! - zagrzmiał.
     - Obudzi się, nie mam co do tego żadnych wątpliwości - uśmiechnęła się uspokajająco. - Moje zadanie jest już zakończone. Myślę, że mogę już odejść.
     - Nie tak szybko. Co jeśli kłamiesz - syknął.
     - Wtedy znajdziesz mnie i zabijesz, wiem o tym. Jesteś świadoma konsekwencji. Ale jestem też pewna wygranej - powiedziała i skierowała się do wyjścia. Klaus nie podążył za nią. Uwierzył wiedźmie, chociaż powinien być bardziej nieufny.
     Przeniósł Caroline z powrotem na łóżko, sam także znalazł sobie tam miejsce. Oparł jej ciało o swoje, trzymał ją w ramionach i oczekiwał tego jednego, upragnionego momentu, w którym znów zobaczy jej uśmiech, jej piękne niebieskie oczy. Gładził jej policzek, włosy, dłonie. Chciał być jak najbliżej niej.
     W pewniej chwili poczuł, że jej ciało drży. Odsunął o kilka centymetrów, oszołomiony, że to już przyszedł czas. Z wyczekiwaniem przypatrywał się w jej twarz, która zaczęła się lekko poruszać. Nie była już kamienna i pusta, a znów nabrała blasku. Pierwotny patrzył jak jego ukochana budzi się z długiego snu.
     - Dzień dobry, słoneczko - szepnął do jej ucha najspokojniejszym głosem na jaki było go stać. Nie chciał jej przestraszyć na dzień dobry. Caroline lekko uchyliła powieki, wyglądała na zaspaną i zdezorientowaną. Otworzyła szerzej oczy i zobaczyła jaśniejącą twarz człowieka, którego jeszcze nie dawno myślała, że nic nie zdoła uratować.
     Wiedziała, że udało się już ja uratować, teraz wszystkim będzie mogła wyjaśnić co się tak na prawdę stało. Patrzyła na Klausa, który wydawał się błyszczeć, jakby poświata ognia odziała go w złoto. Wyglądał zniewalająco pięknie. Po całym dniu obserwacji jego poczynań, Caroline widziała jego drugą stronę; tą przyjazną, współczującą, kochającą, tą człowieczą, której zawsze szukała. Uwierzyła, że można go zmienić na lepsze i tylko ona ma prawo i możliwość to zrobić.
     - Udało ci się - odezwała się, a jej głos wydawał się być zachrypnięty.
     Klaus zmarszczył czoło.
     - Uratowałeś mnie - dodała, widząc jego wyraz twarzy. - Dziękuję - powiedziała z wdzięcznością i wtuliła się w jego ramię, które wciąż ją obejmowało. Czuła się najbezpieczniej na świecie, teraz była schowana przed całym światem.
     - Przyznam, że nie było łatwo - odparł uśmiechając się do niej. Znów widział jej uśmiech, blask,który od niej bił i jej szczęście. Wyczul spokój, który był w niej w tej chwili.
     - Klaus... - zaczęła, odrywając się do jego ciała. Podniosła się do pozycji siedzącej, by móc spojrzeć mu w oczy. - Ja wszystko widziałam... słyszałam - powiedziała cicho, ale nie spuściła zawstydzonego wzroku.
     Klaus wydawał się być zdziwiony.
     - Jak to widziałaś? - zapytał mrużąc oczy.
     - Wtedy, gdy mnie zobaczyłeś po raz pierwszy... Ja byłam wtedy w pokoju, widziałam twoją reakcję i słyszałam co mówiłeś, o czym myślałeś. Czułam to, co ty wtedy czułeś - wyjaśniła, a po jej policzku popłynęła łza. - Już wszystko przemyślałam  rozumiem, na prawdę- dodała, a głos jej zadrżał.
     Pierwotny patrząc jej w oczy, dłonią starł łzy z jej skóry i pokrzepił ją ciepłym uśmiechem.
     - Niezła szopka, co? - zaśmiał się, a Caroline odpowiedziała mu tym samym.
     Nastała krępująca cisza.
     - Co ja mam z tym zrobić? - zapytała, ale nie z powodu niepewności, chciała raczej poznać jego zdanie.
     - Chcesz wiedzieć co myślę? - Caroline kiwnęła głową potwierdzając. - Ja myślę, że powinnaś się otworzyć.
      Dziewczyna przeczuwała, że właśnie taka będzie jego odpowiedź. Uśmiechnęła się, spuszczając wzrok. Właśnie teraz przypomniała sobie te wykrzyczane i wyszeptane słowa skierowane właśnie do niej. Powróciła do chwili, gdy Klaus zaprosił ją na bal, gdy razem wirowali na parkiecie. Przed oczami ukazały się ich kłótnie i te zabawne momenty. Wszystko zostało przypieczętowane, gdy zapłakał gorzko nad jej ciałem. Wtedy duch Caroline, który stał tuż obok, płakał razem z nim, odczuwając tysiąc emocji, które wybuchły wewnątrz Klausa.
     Caroline podniosła wzrok. Pierwotny cały czas wpatrzony był w jej twarz.
     - Ty już mnie uratowałeś - szepnęła. - Teraz ja chcę uratować ciebie - dodała i widząc jego dezorientację, bez żadnych zbędnych wyjaśnień znalazła się przy nim. Uśmiechnęła się słodko i po prostu skróciła dystans między nimi do zera. Połączył ich pocałunek tak potężny i silny, że nawet trzęsienie ziemi nie dało by mu rady. Był to pierwszy tak prawdziwy pocałunek, jaki oboje przeżyli w swoim życiu; pełen pasji, emocji i uczuć jakie skrywali w sobie aż do tej chwili. Nie był jednak jakimś wulgarnym impulsem. Był delikatny jak płatki kwiatów, orzeźwiający jak letni wietrzyk, który muskał ich wargi. Stali się jednością, którą nigdy nie spodziewali się zostać.
     Teraz już wszystko miało być dobrze.

____________

Zbliżamy się do finiszu, kochani. Jak wasze odczucia po przeczytaniu? Rozdział jeszcze nie poprawiony, więc nie zwracajcie uwagi na błędy. 
Proszę was o komentarze, bo to one sprawiają, że budzi się we mnie potworek, zwany Weną :)
   

środa, 24 września 2014

Rozdział 27



Nadzieja jest naszą porażką


     Stefan wyszedł szybkim krokiem z łazienki, gdzie zostawił pijaną Elenę. Miał nadzieję szybko znaleźć Bonnie, albo Caroline, bo one na pewno będą miały potrzebne mu materiały, by doprowadzić wampirzycę do przyzwoitego stanu. Co więcej, widział na skórze Eleny jakieś zadrapania i skaleczenie, jednak nie przejął się nimi tak bardzo, zważając na fakt, iż zaraz się wygoiły dzięki nadnaturalnym mocom dziewczyny.
     Coś jednak zaniepokoiło Salvatore'a. Ludzie byli dziwnie pobudzeni, jakby właśnie przed chwilą stało się coś niesamowitego. Mężczyzna zmarszczył czoło i zbliżył się do holu głównego. Spostrzegł wielki tłum ludzi, który zgromadził się przy finezyjnie zakręconych schodach. Mimowolnie zaczął używać swojego wytężonego zmysłu słuchu. Po chwili wywnioskował, iż musiało stać się coś strasznego. 
     Nagle zapanowała cisza. Ludzie milczeli, jednak po ich twarzach widać było, iż są zaniepokojeni. Stefan podszedł w kierunku tłumu, aby przyjrzeć się z bliska całemu "widowisku".
     Zaczął przepychać się przez tłum ludzi, którzy z wielkim oporem przesuwali się na bok, by ustąpić mu miejsca. Poczuł w sobie jakiś dziwny niepokój, jakby zaraz miało stać się coś złego. Miał taki instynkt. W podobnych sytuacjach zawsze czuł nagle ciężkość w powietrzu i osłabienie wewnątrz. To był znak, iż coś jest nie tak.
     Przeprosił ostatnią osobę, która stała na jego drodze i w końcu znalazł się w pierwszym rzędzie na przedstawienie wieczoru. Cała scena okazała się być wyjątkowo wstrząsająca. Na samym środku leżała jakaś dziewczyna. Jej jasne włosy rozpłynęły się na podłodze, niczym złota kałuża. Stefan zmarszczył czoło i podszedł bliżej. Uścisk w jego gardle powiększył się znacząco.
    Miał wrażenie, że czas stoi w miejscu, a wszyscy ludzie dookoła zamienili się w kamienie. "Dlaczego nic nie robią?! Przecież ta dziewczyna zaraz umrze!" - wściekał się do swoich myśli, gdyż był na tyle spięty, iż nie potrafił wykrzyczeć tego na głos. Zrobił jeszcze jeden krok do przodu, klęknął na jedno kolano obok ciała dziewczyny. Bardzo wolno podniósł dłoń, by dotknąć jej ramienia, sprawdzić, czy jest przytomna. Wiedział, że dla zwykłego śmiertelnika liczą się nawet sekundy, jednak nie potrafił działać szybko.
     Wolnym ruchem odwrócił dziewczynę na plecy. Nigdy nie spodziewałby się ujrzeć właśnie tych konkretnych, niebieskich oczu. Tęczówek bez echa życia...



     Elijah siedział w fotelu. Jego twarz była wielce skupiona, wpatrzona w bladą twarz kochanej siostry. Widział, że wampirzyca niedługo się obudzi. Minęło już wiele godzin od tego, gdy wyciągnął sztylet. Mężczyzna nie potrafił opisać uczuć jakie nim miotały gdy ją odnalazł. I to w jakim miejscu! Nigdy nie podejrzewałby, aby ludzie, których gotów był nazwać przyjaciółmi, skrywają taki sekret. 
    Wiedział, że ciało Rebeki było tam przetrzymywane przez wiele miesięcy, domyślił się tego po wielu czynnikach. O wiele bardziej odpowiadała mu perspektywa tego, że Rebeka jest gdzieś daleko stąd i korzysta z życia. Jest szczęśliwa. Tym czasem ona po prostu została szczęścia pozbawiona, została pozbawiona wszystkiego.
     Nagle dziewczyna poruszyła dłonią, jej powieki zaczęły lekko drgać. Zaczerpnęła łapczywie powietrza i zerwała się do pozycji siedzącej. Zaczęła gwałtownie dyszeć, miała rozwarte usta i trzymała dłoń na sercu, jakby coś wewnętrznie ją bolało. 
     - Rebekah? - Elijah od razu się ożywił i usiadł na brzegu łóżka. Dziewczyna nie była w stanie nic powiedzieć, wciąż oddychała ciężko. Była bardzo oszołomiona, nie wiedziała co się dzieje. Wciąż rozglądała się po pomieszczeniu, jakby go nie poznawała. 
     - Rebekah, mów do mnie! - zaniepokoił się pierwotny. Blondynka zwróciła ku niemu głowę. Najprawdopodobniej dopiero teraz go dostrzegła. 
     - Elijah! - zawołała zachrypniętym głosem i szybko rzuciła mu się na szyję. Mężczyzna objął ją ramionami i kołysał lekko, przypominając sobie jak robił to, gdy była dzieckiem. W tej chwili czuł wielką miłość wobec swojej siostrzyczki. Chciał ją ochronić przed całym światem, przed każdym niebezpieczeństwem. Nie zrobił tego jednak wtedy, gdy była zagrożona. Nie było go przy niej... i tego najbardziej żałował. 
     - Jak się czujesz? - zapytał po chwili. 
     - Nie wiem... - stwierdziła. - Co się w ogóle dzieje? - zapytała wciąż oszołomiona. - Przed chwilą byłam po drugiej stronie, byłam z Kolem... 
     Elijah zdziwił się na te słowa i odsunął dziewczynę od siebie.
     - Pamiętasz? - zmrużył oczy. 
     Blondynka zastanowiła się chwilę.
     - Tak, pamiętam wszystko - oznajmiła. - Byłam tam z nim i miałam wam przekazać wiadomość...
     - Wiadomość?

     - Nie tyle do was, a do Klausa. Kol wie, co on planuje. Zna sposób, aby wszystko się udało - wyjaśniła, uśmiechając się na myśl, że znów zobaczy brata. Nagle wampirzyca zerwała się z miejsca i chciała wybiec z pokoju. 
     - Poczekaj! Co to znaczy, że zna sposób? Przecież to szaleństwo! Klaus nie może tak pogrywać sobie z naturą. Pomyśl jakie będą konsekwencje! - zawołał zanim jeszcze wybiegła. 
     - Musze natychmiast z nim porozmawiać! 
     Blondynka zniknęła za drzwiami i Elijah usłyszał tylko jak zbiegała po schodach na dół. 
     - Rebeka! - krzyknął i szybko podążył za nią. Zastał siostrę ze szklanką krwi w kuchni. 
     - To gdzie on jest? - zapytała oblizując wargi. - Och... przydałoby mi się coś o wiele cieplejszego - westchnęła.
     - Klaus jest już w drodze. Przez ostatnie tygodnie nie było go w Mystic Falls. Miał... sprawy do załatwienia - wyjaśnił. - Posłuchaj, ja jestem zdecydowanie przeciwny temu wszystkiemu. Nie pozwolę mu zachwiać całego spokoju.
     - Oprzytomnij! Przecież świat nigdy nie był i nie będzie spokojnym miejscem - prychnęła dopijając ostatni łyk. Elijah westchnął ciężko.
     - Mimo wszystko to nie jest na miejscu - tłumaczył. Tak bardzo chciał, aby oni wszyscy w końcu pojęli, że to nie są żarty. Wskrzeszenie Kola będzie mieć wielki koszt!
     - Wyluzuj. Trzeba czasem coś zgiąć, żeby coś innego działało poprawnie. 
     - Jaka kreatywna metafora dla naszej rodziny - zauważy ironicznie pierwotny. - Nie sądzę jednak, że jesteśmy pępkiem świata i w zamian za stabilizację potrzebujemy armagedonu!
     Rebekah machnęła dłonią lekceważąco. 
     - Powiedz mi jak to się stało, że leżałaś zasztyletowana w piwnicy Salvatore'ów? - zapytał po krótkiej chwili pierwotny. Blondynka spojrzała na niego zszokowana.
     - Słucham? - zdziwiła się. - Nic nie pamiętam... 
     Elijah przygryzł wargi. Na jego twarzy pojawił się grymas złości. Musiał to jak najszybciej wyjaśnić, bo miał wrażenie, że zaraz komuś zrobi krzywdę.
     - Nie pamiętasz nic? - dopytywał.
     - Nie... Ostatnie co wiem to, że nie znaleźliśmy lekarstwa na wampiryzm. Okazało się, że nigdy nie istniało, a Silas zrobił nas w balona. Shane został zabity, a wiedźma Bonnie oszalała. Pamiętam swój żal i wściekłość, bo tak bardzo wierzyłam, że się uda. Nadzieja jest naszą porażką... - westchnęła ciężko. Pierwotny słuchał jej uważnie. 
     - Dlaczego oni cię zasztyletowali? - szepnął bardziej do siebie. 
     - Nie wiem. Musiałam im jakoś podpaść - wzruszyła ramionami jakby jej to w ogóle nie obchodziło. I rzeczywiście było jej obojętne dlaczego była przez tyle miesięcy martwa i kto jest za to odpowiedzialny. W przeszłości pewnie byłaby wściekła i od razu powyrywała by im wszystkim serca z klatek piersiowych. Teraz było inaczej. Miała informacje, które pomogą jej odzyskać brata i w końcu zjednoczyć ze sobą rodzinę. Tak bardzo pragnęła normalności. Przecież właśnie dlatego szukała lekarstwa. Tak bardzo chciała po zjednoczeniu po prostu wyjechać gdzieś daleko, jak najdalej od cholernego Mystic Falls, gdzie spotkały ją same nieszczęścia.
     - Wybacz mi teraz, ale muszę iść wyjaśnić tę sytuację - odezwał się mężczyzna. - Klaus powinien być za jakąś godzinę. Wsiadł w samolot od razu, gdy powiedziałem mu co odkryłem - uśmiechnął się do siostry.
     - Niech lepiej przytaszczy ten swój tyłek, jak chce usłyszeć newsy - zakpiła blondynka. 
     Elijah uśmiechnął się pod nosem. "Jak dobrze mieć ją z powrotem" - pomyślał i wyszedł na zewnątrz, aby złożyć niezapowiadaną wizytę u Salvatore'ów.



     Po kilku sekundach pierwotny był już na terenie posiadłości braci. W drodze mocno przygotował się do rozmowy. Pokładany gniewu i frustracji wzięły nad nim górę. Zaczął walić w drzwi wejściowe w ogromną siłą. Nie minęła minuta, a za nimi pojawiła się sylwetka blondynki Natalie. Jej twarz nie była radosna, jak ta, którą widział ostatnio. Wampirzyca miała obojętną minę. 
     Elijah zmarszczył czoło. Był przygotowany na ostrą kłótnię, a może i kilka rękoczynów. 
     - Co się stało? - zapytał zdezorientowany. 
     - Nie wiem... Nikt nie chciał mi powiedzieć. Wszyscy są w domu Caroline Forbes - wyjaśniła bez żadnych emocji.
     - Co tam robią? - dopytywał pierwotny. 
     - Idź i sam zobacz. Ja nic nie wiem - odparła sucho i zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Pierwotny poczuł się lekko urażony zachowaniem dziewczyny. Postanowił, że od razu uda się do domu Caroline i wyjaśni całą sprawę. 
     Był tam już po krótkiej chwili. Przed domem nie było nikogo, okolica zionęła pustkami. Nawet ptaki nie śpiewały, ani wiatr nie poruszał się o milimetr. Atmosfera był ciężka i nieprzyjemna, jakby miało stać się coś nieoczekiwanego. 
     Elijah wszedł na ganek i zapukał do drzwi. Po chwili otworzył mu je młodszy Salvatore. Coś zdecydowanie było nie tak... Cisza unosząca się w powietrzu i wyraz twarzy wampira były znaczące. Stefan wydawał się być smutny i jednocześnie bezbronny. Elijah zdążył tylko otworzyć usta, aby coś powiedzieć, jednak nie wypowiedział pytania, które mu się nasuwało. Stefan ustąpił mu miejsca bez słowa. Mężczyzna wszedł do środka. Było tam duszno i zaskakująco cicho. To wszystko nie współgrało ze sobą, było przytłaczające i napięte. 
    Pierwotny został poprowadzony przez hol do małego pokoiku po prawej stronie. Tam było jeszcze cieplej. Wewnątrz zobaczył ogrom ludzi, co było niekomfortowe. Już miał zapytać z jakiej okazji to całe zbiegowisko, ale powstrzymał się w momencie, gdy ujrzał postać na łóżku. 
     Jasne blond włosy rozlały się złotą poświatą na białej poduszce. Wieczorowa sukienka była mocno wygnieciona i zwisała swobodnie z łóżka. Blade ręce miała złożone razem, tak jakby skrywała w nich niezwykły sekret. 
     Caroline Forbes była martwa... 
     Gdy tylko to dostrzegł, rozejrzał się zdezorientowany i spostrzegł, że zarówno Liz, jak i Bonnie płaczą. Stefan także wyglądał jak małe zagubione dziecko, które jest zupełnie nie zdatne do funkcjonowania bez bliskiej osoby. Jedna łza płynęła wolno po jego go policzku. 
     - Jak to się stało? - zapytał przerywając ciszę. Jego głos wydał się być kakofonią dźwięku, który przerwał wieczny odpoczynek dziewczyny. 
     - Wczoraj wieczorem... - zaczął Stefan zachrypniętym głosem - wilkołaki zaatakowały na przyjęciu w Ratuszu - wyjaśnił. - Znalazłem ją w takim stanie. Nie wiem kto i co jej zrobił, ale pewne jest to, że nie... - zawahał się i już nie dokończył zdania. Prawda była zbyt bolesna, zbyt oszałamiająca. Salvatore nie mógł sobie poradzić z jej brzmieniem. 
     - Na przyjęciu? - zapytał zdziwiony Elijah. Był wczoraj w Ratuszu, ale opuścił go jeszcze przed siódmą wieczorem... Musiał przecież załatwić sprawę z Damonem. Gadka Lois dała mu mnóstwo do myślenia. 
     - Tak, dokładnie o siódmej - dodał Stefan.
     Elijah rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu tej jednej twarzy.
     - Gdzie jest Elena? - zapytał niepewnie. Stefan odchrząknął i spuścił głowę. 
     - Elena... zniknęła wczorajszego wieczoru z przyjęcia - powiedziała szeryf Liz Forbes, wtrącając się do ich rozmowy. Elijah wytrzeszczył oczy i spojrzał gdzieś w dal. Jego wzrok stał się nieobecny.

     - Jak to zniknęła?! - zdenerwował się. Jego Elena została porwana i teraz może leżeć w jakimś rynsztoku! Nikt jej nie pomógł, nikt nie wie gdzie jest! - Jak mogliście do tego dopuścić?! - wrzasnął pełną mocą w kierunku Stefana. Dobrze wiedział, że młodszy z braci będzie jej towarzyszył i zajmie się nią tak, jak trzeba. Widocznie się mylił. Coraz bardziej docierało do niego, że nie może już ufać nikomu. 
     Elijah wypuścił powietrze z ust. Miał nadzieję, że to pomoże mu w trzeźwym myśleniu. 
     - Dlaczego wszyscy są tutaj, opłakują martwą dziewczynę, zamiast szukać tej wciąż żywej?! - warknął odrobinę za ostro. Pierwotny niewątpliwie współczuł wielkiej straty wszystkim zebranym, ale trzeba było oprzytomnieć! Płacz nie pomoże odszukać Eleny, która mogła wciąż oddychać!
     - Proszę się uspokoić - odezwała się Liz. - Moje odziały specjalne już jej szukają, dodatkowo Damon też jest już w drodze.
     - W drodze do czego? - warknął Elijah z pogardą do wampira. 
     - Wiemy, że to nie jest łatwa sytuacja, dla nas także. Wciąż mamy nadzieję, że ją znajdziemy - dodał Stefan uspokajająco. Elijah jednak wcale nie czuł się uspokojony. W tej chwili miał ochotę coś rozwalić, zetrzeć w drobny mak i najbardziej chciałby mieć pod ręką głowę Damona.
     - Mamy jakiekolwiek poszlaki? 
     - Jest tylko jedna... - odezwała się Bonnie, która dotychczas nic nie mówiła. Ciemnoskóra otarła twarz z łez i podeszła do szafki nocnej. Elijah spostrzegł, że chwyciła mapę. - Zrobiłam proste zaklęcie lokalizacyjne. Elena jest na terenie stanu, gdzieś w lasach północnych - pokazała palcem obszar, który podało zaklęcie. 
     Elijah dokładne przyjrzał się mapie. 
     - To teren równy pięćdziesięciu milom. Przeszukanie go zajmie wiele dni - powiedział przyciszonym głosem bardziej do siebie. Nagle poczuł, że telefon wibruje mu w kieszeni spodni. - Przepraszam ws na chwilę - powiedział i szybko wyszedł przed dom. Dzwonił Klaus. Elijah chwilowo całkiem zapomniał o bracie, który był w drodze do domu. 
    - Klaus? - przełknął ślinę w zdenerwowaniu. Musiał powiadomić go o śmierci Caroline, co nie było łatwe. 
    - Jestem już w mieście. Koniecznie muszę spotkać się z Rebeką, mam nadzieję, że nie ruszyła się z domu - zaczął szybko mówić. Na pewno był podekscytowany tym, że w końcu miał sposobność do przywrócenia Kola.
     - Zanim to zrobisz... posłuchaj... musisz natychmiast przyjechać do domu Forbes'ów.
     - Tam? Caroline się wypytywała? - zaśmiał się po drugiej stronie. - Myślę, że mogę poświęcić jej chwilę - dodał i od razu się rozłączył. Elijah nie miał nawet szansy, aby przekazać mu tragiczne wieści.


     Klaus zjawił się po kilkunastu minutach. Jego pierwsze wrażenie było podobne do wrażenia jego brata. Stwierdził, że atmosfera jest ciężka i nieprzyjazna. Nie wziął tego jednak za zły omen. Odczuwał zadowolenie, a jego radość była skutkiem wieści o odnalezieniu siostry oraz informacji od Kola. W końcu miał nadzieję, że ich rodzinne życie będzie wyglądało tak, jak zawsze tego pragnął. 
    Nonszalancko zapukał do drzwi, które otworzyła mu Liz. Wyglądała na przygnębioną, jakby cały świat zwalił jej się na barki w jednej chwili. Dom był pusty. Nie było tam nikogo. Wszędzie panowała cisza i spokój. Przecież tu zawsze wszystko tętni życiem. Klaus niemalże słyszał radosny śmiech Caroline, który wydobywał się ze ścian. 
     Kobieta pokazała mu gestem ręki, aby poszedł do pokoju jej córki. Klaus był lekko zdezorientowany. Ta cisza zaczęła go niepokoić. Przeszło mu nawet przez myśl, że to jakiś spisek, że ktoś chce go zaatakować. 
     Zapukał lekko do drzwi pokoju blondynki. Nikt mu nie odpowiedział, więc lekko pchnął je do przodu, tak, że odskoczyły na bok. Tam także na pierwszy rzut oka było pusto. Gdy otworzył szerzej drzwi, dostrzegł, że Caroline leży na łóżku. Wydawało mu się, że po prostu śpi. Bidulka, zasnęła, czekając na niego... Tak właśnie myślał.
     - Caroline? - zaczął lekko potrząsając ją za ramię, ona jednak ani drgnęła. Zmarszczył czoło i zaczął mocniej nią szarpać. - Caroline! Obudź się! 
     Ona się nie obudziła. 
     Miała mocno zaciśnięte powieki, a jej ręce były złożone razem. Wyglądała tak idealnie, jakby była śpiąca księżniczką, czekającą na przyjazd księcia. Szykowna sukienka zwisała z łóżka, nadając dziewczynie misternego wyglądu. 
     - Caroline?! - spróbował jeszcze raz, ale nic się nie stało.
     Nie... To nie może dziać się na prawdę! Teraz miało być już tylko lepiej! Przecież wrócił do domu! Nie mógł nic zrozumieć, siedział tylko wpatrzony w jej bladą twarz, która była nad wyraz piękna. - Kochanie, gdzie odeszłaś?... - szepnął do niej. Czuł spływającą łzę... Wiedział, że teraz wszystko się zmieni. Wiedział, że nic nie będzie takie samo. 
     Ona była światłem w gęstej ciemności jego duszy. 
     Ona była natchnieniem, wybawieniem. 
     Ona była wszystkim. Bez niej nie było i jego, bo byli jedną duszą w dwóch ciałach. Zawsze to wiedział i wierzył całym sobą, że i ona w to prędzej, czy później uwierzy. Zdał sobie sprawę, że teraz on także umiera...
     Caroline już nigdy nie zaszczyci go pięknym uśmiechem, swoją pogodą ducha, nigdy nie odgryzie się mu irytującą uwagą, czy zbyt odważną wymianą zdań. Już nigdy nie będzie w stanie powiedzieć, że tak na prawdę zawsze ją kochał. Ona tego nie usłyszy, nie zrozumie, nie przyjmie, bądź nie odrzuci. Miał jednak wrażenie, że gdzieś w głębi duszy to wiedziała, a przynajmniej musiała się domyślać. Chciał, aby i ona poczuła to samo. Teraz już nie będzie mieć takiej okazji...

    Nie mógł wpatrywać się w tą kamienną twarz jego własnego kanonu piękna. Ukrył się więc w dłoniach i czuł, że to ten jedyny moment, w którym wszystko runęło. Wszystkie blokady, całą maska kreowana przez nienawiść, złość i chęć zemsty. Teraz znowu płakał jak małe dziecko, bo stracił kogoś, kto podtrzymywał go na anielskich skrzydłach światła. Stracił swojego anioła stróża.

       - Kocham cię! Słyszysz?! Do cholery! - wrzasnął z całą mocą, aż zabrakło mu tchu. Szybko przygarnął jej bezwładne ciało i mocno przycinał je do siebie tak, aby już nigdy nie zapomnieć tej pięknej osoby. Kołysał ją delikatnie w ramionach, wpatrzony przed siebie nieobecnym wzrokiem. Chciał aby ta chwila trwała wiecznie, przez całe nieszczęsne, wieczne życie. Nie chciał jej puszczać, nie chciał jej zostawiać. Ponieważ nie mógł się na nią napatrzeć... Nawet teraz biła od niej niezwykła światłość, która niemalże przyprawiała jej złotą aureolę. 
     Gładził blond włosy, delikatną twarz i lodowatą skórę jej dłoni. Tak bardzo chciał, aby obudziła się teraz i nawrzeszczała na niego, że naruszył jej osobistą strefę. 

     Po godzinie, Klaus czuł się jakby właśnie przeżył zagładę ludzkości. Nadal trzymał ją w swoich ramionach, martwą... Nie mógł w to uwierzyć, wciąż myślał, że to nie dzieje się na prawdę! Całość była tak przytłaczająca, że niemalże przygniatała go swoim ciężarem. Teraz miał szczera ochotę, aby umrzeć. Własnoręcznie wcisnąłby w siebie kołek z białego dębu, tylko po to, by ujrzeć ją po drugiej stronie... To była pierwsza taka chwila, gdy śmierć zdawała się być wybawieniem. Nic nie było lepszym rozwiązaniem. Klaus nie odczuwał nawet wściekłości, tak jak miał to w zwyczaju. Był po prostu rozżalony, zwyczajnie przybity i zrozpaczony. 
     - Jak do tego doszło? - zapytał Liz, gdy opuścił pokój Caroline. 
     - Wczorajszego wieczoru, na przyjęciu w Ratuszu, zaatakowało stado wilkołaków - zaczęła szeryf. Ona tak samo była w opłakanym stanie. Musiała nie spać całą noc. Wyglądała jakby balansowała na granicy życia. - Stefan ją znalazł w takim stanie - dodała wycierając samotną łzę. Kobieta nie miała już siły płakać...
     - Jakie wilkołaki? - warknął Klaus, w którym nagle wezbrał gwałtowny gniew i żądza mordu.
     - Elijah wspominał o pewnej grupie, z którą miał jakieś niedokończone zatargi.
      Klaus nie wiedział na kogo jest bardziej wściekły; na wilkołaki, które zgotowały taki los Caroline, czy na brata, który przyprowadził swoje kłopoty do miasta i naraził tym wszystkich dookoła. 
     Pierwotny jeszcze raz wszedł do  pokoju blondynki, by ponownie na nią spojrzeć. Zaczynał zdawać sobie sprawę, że widzi ją po raz ostatni. Nie chciał, aby to okazało się prawdą, ale jedna nią było.

     Pogładził jej chłodny policzek i okręcił blond lok na palcu. Patrząc tak na nią chciał zrobić tylko jedną rzecz. Rzecz, której nie miał okazji dotąd spróbować, a na którą cicho liczył już dawno temu. 
     Po woli pochylił się nad nią i złożył na jej ustach jeden ciepły pocałunek, ten pierwszy i zarazem ten ostatni, który będzie musiał mu wystarczyć na wieki wieków...
     Po chwili, gdy odsunął się od niej, dostrzegł, że nie ma żadnych obrażeń zewnętrznych, ani niczego co by wskazywało na to, że została ugryziona. Jak więc umarła? Co spowodowało jej śmierć? Te pytania zaczęły go nurtować. Dokładnie obejrzał jej ręce, ramiona i szyję. Wszystko było w najlepszym porządku. Nigdzie nie było żadnych obrażeń. Nagle coś podkusiło go, aby spojrzeć w niebieskie tęczówki po raz ostatni... Lekko podsunął powiekę do góry. 
     To, co zobaczył przerosło jego oczekiwania, całkowicie. 
     Jej białka nie były już białe. Miały czerwoną barwę, były nad wyraz przekrwione. Jasne światło uderzyło go w jednej chwili. To nie był jeszcze koniec! To był dopiero początek.
     Klaus bez zastanowienia wziął Caroline na ręce, przewiesił jej ramiona przez swoją szyję i nie wyjaśniając nic Liz, opuścił dom Forbes'ów.




     Kilka dni później:

     Cisza. Ciemność. Chłód. Dreszcz.
     Maksymalne natężenie bólu.
     Elena powoli otwierała oczy. Nic to jednak nie dało. Ciemność wciąż była tak samo czarna i gęsta. Tak samo otaczała ją lepkimi mackami strachu. Całym jej ciałem miotały spazmatyczne wstrząsy, aż dziwne, że dziewczyna dopiero teraz ocknęła się z dziwnego stanu nieświadomości. Ból przeszywał ją wzdłuż i wszerz. Zawyła. Raz, drugi, trzeci i kolejny, aż ponownie straciła dech w piersiach.
    Była umiejscowiona na metalowym stole. Kajdany zaciskały jej nadgarstki oraz kostki. Nic nie ułatwiał także fakt, iż wisiała głową w dół. Taki układ ciała przez długie godziny przyprawił ją o wielki ból głowy. Miała wrażenie, że umiera. Była tego pewna. Tym razem nie przybędzie nikt, by ją uratować. Miała już o wiele za dużo drugich szans, lecz mimo to, zawsze musiała wpakować się w kolejne bagno. Jedno większe od drugiego.
     Usłyszała dźwięk klucza w zamku.
   Zgrzyt.
   Oślepiające światło.
   - Nasza maleńka się ocknęła! Nareszcie! - Usłyszała głos tego samego obleśnego faceta, który ją porwał w pierwszej kolejności.
   Zacisnęła pięści mimo bólu. Byłą wściekła, gotowa nawet w tej chwili zerwać łańcuchy i rzucić się na skurczybyka. Napędzała ją myśl, nie tylko taka, że skrzywdził ją, ale na pewno jeszcze wiele innych osób. Chciała skopać mu tyłek. 
     Mężczyzna przybliżył się do niej o kolejne kroki.
   - Tak bardzo chciałbym cię wykończyć - syknął i obleśnie oblizał swoje wargi. 
     Drzwi ponownie zaskrzypiały.
   - Już wystarczy - Nagle w drzwiach ustała jaś osoba. Jednak Elena nie widziała kto to był. Stał w świetle, więc w tej chwili był tylko czarnym kształtem.
   - Jasne - warknął niezadowolony.
   - Jak się miewasz, Eleno? - zapytał subtelnie, jakby spotkał się z nią na filiżance kawy.
   Teraz, gdy mężczyzna podszedł bliżej, słyszała go wyraźniej. Nie miała już żadnych wątpliwości, iż był to Reg, we własnej osobie.
   - Wypuść mnie! - wrzasnęła natychmiast.
   - Nie tak od razu - zacmokał. - Wszystko w swoim czasie. Przecież na razie jesteś umierająca. Musimy coś na to poradzić. - Reg zaczął przechadzać się po celi, oglądał ją z każdej strony, jakby chciał się o czymś upewnić. - Tak... Zdecydowanie umierasz - stwierdził niczym profesjonalny lekarz, szkoda, ze okoliczności były tak bardzo inne. Podszedł do niej na wyciągnięcie ręki. Przybliżył dłoń do jej szyi i obejrzał ją dokładnie w miejscu ugryzienia. Zacmokał.
     - Puść mnie! - zamotała się wampirzyca. 
     - Wiesz co? - zaczął, nie zwracając na jej słowa uwagi. - W ogóle nie planowałem trzymać ciebie tutaj, kochanieńka. Nawet nie wiesz jak wleką niespodziankę zrobił mi Lucas, gdy mi ciebie pokazał kilka dni temu.
    Kilka dni temu? Przecież impreza byłą wczoraj! Wczoraj się upiła i została porwana! To jakieś szaleństwo. Czyżby na prawdę przebywała tutaj już od kilku dób?

     - Poczekaj... Jak to kilka dni temu? - zapytała zdezorientowana dziewczyna. 
     - Kochana, straciłaś widocznie poczucie czasu. Tak już bywa, gdy człowiek umiera - uśmiechnął się ironicznie. 
     Wampirzyca nie mogła w to uwierzyć. Kręciła mimowolnie głową, wpatrzona w krew na podłodze. Jak to możliwe, że nikogo jeszcze tutaj nie ma? Już zupełnie straciła jakąkolwiek nadzieję na ratunek. Była zdana na siebie. Spuściła głowę w geście przegrania. 
     - Tak więc jak mówiłem zanim mi przerwałaś - kontynuował - nie planowałem tego, ale jest mi to poniekąd na rękę. Szczerze ci powiem, że przeszło mi przez myśl, że mógłbym cię wykorzystać, ale nie miałem sposobności. A tutaj proszę bardzo! - Klasnął w ręce jak dziecko. - Ty przychodzisz do mnie! Jak uroczo! Teraz będziemy mogli upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. 
     Elena zmrużyła oczy podejrzliwie. Nie wiedziała o czym mówił. Zwróciła za to uwagę na podłogę, gdzie widziała sporą kałużę zaschniętej krwi. Obserwowała jak krople potu i życiodajnej esencji są przyciągane do ziemi. Była tak bardzo wyczerpana…
     Usłyszała pisk drzwi. Przy Regu nagle pojawiła się Lois. Na jej widok Elena jeszcze bardziej się wściekła. Brunetka wytoczyła metalowy wózek i postawiła go koło mężczyzny.
   - Dziękuję, możesz odejść.
   Kobieta posłała Elenie perfidny uśmieszek i opuściła pomieszczenie.
   - Co to jest? - Zapytała przerażona wampirzyca, widząc, że Reg chwyta ogromną, staroświecką strzykawkę pełną złotego płynu.
   - Nie martw się, to tylko lekarstwo na twoje ugryzienie - wyjaśnił. 
   - Co?! Macie krew Klausa? - zdziwiła się. To było niemożliwe! Przecież krew zdecydowanie nie jest złota.
   - Nie bądź głupia - skwitował. 
   - W takim razie...
   - Za dużo gadasz, słonko. Uwierz mi to cię wyleczy. To co prawda wersja testowa, która mam nadzieję się sprawdzi. 
   - Nie zgadzam się! - zaprotestowała. - Zostaw mnie w spokoju! Wypuść mnie! - darła się dziewczyna i zaczęła wierzgać mimo wszechobecnego bólu. Zaciskała zęby, czując ogarniające ją spazmatyczne wstrząsy. 
     - To innowacja! - ogłosił. - Już nikt nigdy nie będzie potrzebował krwi bydlaka, żeby wyleczyć się z tego paskustwa. A ty, kochana - pokazał na nią palcem - będziesz pierwszym szczęśliwcem. - W jego oczach igrały iskry czystego szaleństwa.
     - Nie! Wypuść mnie! - darła się.
   - Uspokój się... Chyba nie chcesz umrzeć - Reg był nadzwyczaj spokojny. Żelaznym uściskiem podtrzymał ramię Eleny i wstrzykną lek. Dziewczyna zawyła przeraźliwie. Środek, musiał mieć w sobie pełno werbeny. Elena poczuła, że jej żyły przeobraziły się w płynną lawę. Zdążyła tylko plunąć mu w twarz, następnie opadłą z sił, straciła czucie w kończynach. 
     Odleciała daleko...


____________


Tak jak obiecałam - dokańczam moją historię. Taka była wasza wola, aby spisać kilka ostatnich rozdziałów, aż do epilogu. Myślę, że to, co tutaj przedstawiam wam się spodoba. Mam tez nadzieję, że mnie nie zbesztacie za ten rozdział. Do napisania! :)


niedziela, 24 sierpnia 2014

Piszemy, nie piszemy?


   Witajcie kochani po tak długim czasie. Minęło już prawie pół roku od ostatniego rozdziału. Wiem, że to dużo czasu, ale ja cały czas podglądałam tego bloga i okazuje się, że statystyka się nie zmniejsza. Cały czas wchodzicie na Darkest Dream i czytacie, bądź tylko majaczycie po kątach. Niestety nie mam dla was rozdziału. Nie wiem, czy jest sens, abym cokolwiek tutaj jeszcze pisała, choć myślę, że jakieś pomysły się by znalazły.
   To jest chyba swego rodzaju pożegnanie. Blog przetrwał rok czasu i myślę, że to i tak dość długo, jeśli porównać moje inne opowiadania na blogach, których teraz już nikt nie pamięta... Jednak to wszystko zależy od czytelników. Mam do was pytanie. Czy chcecie, aby powstało te kilka rozdziałów, aż do epilogu? Jeśli takie jest wasze życzenie, to postaram się je wypełnić. Dajcie mi szybko odpowiedzi w komentarzach. 

PS. Dla wszystkich zainteresowanych moją twórczością, daję projekt okładki książki, która właśnie jest w strefie przygotowań. Może z czasem zobaczycie ją na półkach księgarni :)

przód i tył:
 

piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział 26


Czarny aksamit




     - Bonnie! - krzyknęła Elena w kierunku przyjaciółki, która wydawała się jej nie widzieć pośród tłumu, który już zgromadził się przed ratuszem. Grupa ludzi był bardzo pokaźna. Pojawili się z pewnością wszyscy zaproszeni goście wraz z osobami towarzyszącymi.
     - Eleno, jak ty pięknie dzisiaj wyglądasz! - zachwyciła się Bonnie, oglądając ze wszystkich stron Elenę w jej ciemnogranatowej, zwiewnej sukience . Czarownica wcale nie prezentowała się gorzej w białej kreacji.
     - Dzięki, ty także olśniewasz - zapewniła przyjaciółkę.
     - Teraz mogę być twoją oficjalną osobą towarzyszącą - zaśmiała się Bonnie. Elena zmarszczyła czoło uśmiechając się.
    - Jak to? Myślałam, że już od kilku godzin nią jesteś.
    - Teoretycznie byłam, ale wiesz... Jeremy też został zaproszony i trochę głupio mi było nie iść z nim... - westchnęła ciemnoskóra.
     - Bonnie...
     - No ale... Jeremy nie przyjdzie dzisiaj do ratusza - powiedziała trochę smutno, jednak zdobyła się po chwili na uśmiech.
     - Powiedział dlaczego? - zdziwiła się wampirzyca.
     - Ta na prawdę to nie, ale marudził coś o ważnych sprawach - wyjaśniła.
     - To trochę dziwne.
     - Ostatnio jest trochę zabiegany - odrzekła Bonnie.
     - Niby za czym tak biega?
     - Też się zastanawiałam nad tym, zamyka się przede mną. Postanowiłam to wybadać, mam teraz partnera - uśmiechnęła się czarownica, a Elena zdawała się nie rozumieć. - No o tobie mówię, przecież -  zachichotała dziewczyna. Elena także jej zawtórowała, jednak jej głowę zaprzątały inne myśli. Zaczęła poważnie zastanawiać się o co chodziło jej bratu. Co się z nim działo?
      Tym czasem obie weszły już do środka, gdzie kłębiły się tłumy elegancko ubranych ludzi z kieliszkami w dłoniach. Dookoła słychać było powolną, poważną muzykę. Przyjaciółki przeszły do głównej sali, gdzie spodziewały się spotkać innych znajomych. Tak też było. Szybko ujrzały Stefana, który rozmawiał żywo z Caroline przy barze.
     - Witam drogie panie - powiedziała Caroline z radosnym uśmiechem i szybko je wyściskała. - Jak tam nastroje?
     - Jeśli chodzi o mnie to nie narzekam - odrzekła Bonnie śmiejąc się. Elena stała zamyślona delikatnie z boku.
     - Dobra skończmy z tym oficjalnym tonem - prychnęła Caroline rozbawiona. - Czy tylko ja czuję się tutaj jak na jakiejś stypie? - szepnęła w kierunku reszty, a Stefan na te słowa parsknął zduszonym śmiechem. - Na prawdę! Ta muzyka jest nie do zniesienia...
     Caroline szybko przechyliła swój kieliszek i wypiła wszystko do dna, następnie podeszła do Bonnie i zaczęła z nią o czymś dyskutować. Stefan obserwował ją przez moment wzrokiem, jednak po chwili spojrzał na Elenę, która wydawała się być nieobecna. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
     - Eleno?... Czy wszystko w porządku? - zapytał lekko zaniepokojony, cały czas wpatrywał się w nią uważnie. Dziewczyna przez chwilę milczała, potem jednak szybko oprzytomniała i spojrzała na Salvatore'a lekko zdezorientowana.
     - Tak... Wszystko w porządku - zapewniła sztucznie.
     - Na pewno? - zapytał z powątpiewaniem. - Wiesz... Wszyscy wiemy, że Damon nie trzyma się najlepiej, jednak osobiście wiem też, że ty przeżywasz to podobnie.
      Elena zmarszczyła czoło i popatrzyła na niego zdziwiona. Zaczęła się lekko śmiać pod nosem.
      - Damon trzyma się jak się trzyma, staram się mu pomóc, ale chyba nie myślisz, że... - Elena przestałą się śmiać. Czy Stefan na prawdę myślał, że ona czuła jeszcze coś więcej do jego starszego brata?
      - No nie wiem, jak między wami jest, więc...
      - Ja i on to już przeszłość, Stefanie. Definitywnie - potrząsnęła charakterystycznie głową.
      Stefan trochę speszył się na jej słowa. Dziwnie się czół, rozmawiając z Eleną na te tematy.
      - A więc chodzi o coś innego? Coś cię gryzie.
      - Nie, no coś ty... - odrzekła bez zastanowienia. - Chociaż... - dodała po chwili. Stefan patrzył na nią wyczekująco. Mimo, że była jego byłą dziewczyną, to nadal pozostawali przyjaciółmi. Chciał jej pomóc, skoro miała jakiś problem.
      - Wiesz co? Teraz to ja muszę się napić - stwierdziła wymijająco i nachyliła się w kierunku baru. Po chwili trzymała już w dłoni kieliszek z białym winem. Przechyliła go i jednym łykiem wypiła wszystko. Stefan patrzył na nią z lekkim zdziwieniem. - Coś czuję, że będę potrzebowała znacznie więcej... - mruknęła do siebie i szybko wyminęła Stefana. Miała zamiar iść do łazienki, aby zadzwonić do Jeremiego. Cały czas nękały ją najczarniejsze myśli. Nie mogła się odprężyć należycie, a właśnie przecież po to tutaj przyszła, aby wreszcie chwilę odpocząć.
   


     W holu było mnóstwo ludzi, większość z nich Elena doskonale znała, jednak pośród nich były także nowe twarze. Dziewczyna jednak nie zastanawiała się nad tym dłużej. Chwyciła klamkę od drzwi do toalety i pociągnęła drzwi do siebie. Nagle czyjaś dłoń zamknęła ponownie drzwi, które przed chwilą otworzyła Elena. Dziewczyna zdziwiona i roztargniona puściła klamkę i odwróciła się wolno. Przed nią stał nie kto inny, jak Elijah Mikaelson.
     - Witaj - powiedział cichym i głęboki  głosem, lustrując ją w międzyczasie spojrzeniem. - Wyglądasz zjawiskowo - dodał z uśmiechem.
     - Dziękuję - odpowiedziała, czując, że twarz zaszła jej czerwienią. On właśnie tak na nią działał. - Nie spodziewałam się, że tutaj będziesz.
     - Niby dlaczego miałbym to przegapić?
     - No... Nie jesteś z rodziny założycieli... - wyjaśniła Elena z roztargnionym uśmiechem.
     - Do prawdy? - zaśmiał się pierwotny. - A kto pomieszkiwał wioskę, zanim jeszcze ludzie umieli budować drogi i stawiać wieżowce? - podniósł brwi do góry. Elena nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się krzywo. Elijah zinterpretował to we właściwy sposób.
     - Czy wszystko u ciebie w porządku? - zapytał, a jego twarz zmieniła się z uśmiechniętej w zatroskaną.
     - W porządku... Problemy z bratem... - wyjaśniła wymijająco
     - Może chcesz, żebym się tym zajął? - zaproponował z lekkim westchnięciem.
     - Nie... To moje sprawy, muszę załatwić to sama.
     - W takim razie, nie będę się wtrącał - westchnął pierwotny. Przez chwilę wpatrywał się w Elenę, która specjalnie odwróciła wzrok pod ciężarem jego spojrzenia. Zapadła cisza. - Miałem nadzieję, że poświęcisz dla mnie jeden taniec - rzekł po chwili wyciągając elegancko dłoń przed siebie.
     Elena spojrzała mu prostu w oczy. Dostrzegła w nich jakąś zalotną iskierkę. Poczuła, że nie ma wyboru. Jednak to nie była oznaka przymusu. Chciała tego. Miała nadzieję, że chociaż ten mężczyzna da jej chwilę odprężenia. Chwyciła więc ciepłą dłoń i zamknęła swoją w jego uścisku. Razem pokierowali się w stronę sali głównej, gdzie był parkiet do tańca. Elena westchnęła i uśmiechnęła się lekko, słysząc wolną, przyjemną muzykę. Wspomnieniami wróciła do ich pierwszego tańca, który zakończył się w nieoczekiwany sposób. Zaśmiała się w duchu.
     Ustali na przeciwko siebie. W koło było tyle ludzi. Czy to nie wyglądało dziwnie, że byli jedyną parą, która miała zamiar tańczyć? Elenę przeszedł dreszcz. Nie lubiła takich sytuacji. Nie została stworzona do łamania blokad, nie lubiła się wychylać. Jednak stała tutaj z nim. Nie mogła przecież teraz uciec.
     Przybliżył się do niej i lekko, delikatnie ją objął, chwycił mocniej dłoń i ruszyli... Najpierw wolno, elegancko, w rytm muzyki, która poniosła ich już dalej. W pewniej chwili Elena zapomniała o tym, w jakim miejscu się znajduje. Byli tylko oni i ten taniec, ta chwila. Spojrzała w górę, wprost w brązowe oczy mężczyzny, który trzymał ją w objęciach. Byli tutaj razem, dla siebie. Zapragnęła, aby nagle znaleźli się gdzieś w ciemnym pokoju, bez tych wszystkich ludzi dookoła, razem w samotni, tylko z muzyką jako kompan.
     Ponownie spojrzała w te ciepłe oczy, które teraz niemalże płonęły żywym ogniem. Przeniosła wzrok niżej, na usta, które układały się w delikatnym uśmiechu, jakby były wprost rozanielone dzięki tej jednej chwili. Zapragnęła zbliżyć się maksymalnie i po prostu musnąć te piękne usta. Ponownie poczuć ich ciepło i namiętność, jaką poczuła za pierwszym razem. Co ją zatrzymywało? Ci cholerni ludzie dokoła...
     Dziewczyna spuściła nagle wzrok i westchnęła cicho karcąc się w myślach za to, że w ogóle miała teraz wizję ich pocałunku. Wciąż wirowali w rytm muzyki...
     Elijah widocznie dostrzegł jej wewnętrzne myśli, gdyż uśmiech zniknął z jego twarzy, przechylił lekko głowę, jakby chciał zmusić ją, aby spojrzała mu w oczy. Ta jednak odwróciła wzrok, gdyż bała się, iż jeśli jeszcze raz spojrzy w te ogniste tęczówki, nie zdoła się powstrzymać, a to na prawdę nie był czas i miejsce na takie namiętności.
     Nagle muzyka się urwała. Wszystko się skończyło. Elijah zatrzymał się gwałtownie, a wraz z nim Elena. Spojrzała na niego tylko na ułamek sekundy, miał dziwny wyraz twarzy. Chciał się odezwać, to było widać. Jednak przerwał mu burmistrz - ojciec Bonnie.
     - Witam wszystkich na sto pięćdziesiątej drugiej rocznicy założenia miasta Mystic Falls! - rozbrzmiały gromkie brawa z każdej strony. Elena była nieco zdezorientowana. Nagle poczuła, że musi gdzieś się ukryć. Nie chciała stać pośród tych wszystkich ludzi, nie chciała spojrzeć w oczy mężczyźnie przed sobą. Miała wrażenie, jak gdyby stała całkiem naga przed wszystkimi.
     - Chciałbym powitać wszystkich zgromadzonych gości, członków założycielskich rodzin, osoby towarzyszące oraz oczywiście innych przybyłych! - rozbrzmiewały wciąż słowa burmistrza.
     Elena musiała się wyrwać. Nie patrząc na nikogo, po prostu ruszyła się z miejsca i poszła w kierunku wyjścia z budynku. Po drodze złapała jeszcze butelkę alkoholu, która stała na tacy wraz z przygotowanymi kieliszkami.
   
     Elijah spostrzegł, że Elena opuszcza pomieszczenie. Już miał za nią pójść. Najwyraźniej nie czuła się dobrze. Być może to jednak problemy z bratem nie pozwoliły jej zrelaksować się nawet na moment? Zdecydowanie widział w jej oczach coś dziwnego. Nie była radosna, mimo uśmiechu na twarzy. Coś się musiało dziać.
     Nagle jego ramię ścisnęła mocno czyjaś drobna dłoń. Pierwotny obejrzał się zirytowany za siebie. Za jego plecami stała ciemnowłosa kobieta o ostrych rysach twarzy. Uśmiechała się w chytry, charakterystyczny sposób.
     - Jak tam miewa się Damon Salvatore? - zapytała przebiegle.
     - O czym mówisz, Lois? - zapytał robiąc wymowną minę.
     - No jak to o czym. Nie znasz najnowszych plotek, Elijah? Przecież w mieście aż kipi od tego, że Salvatore szuka prawdy na prawo i lewo. Jak widzę, nie pofatygował się jeszcze do źródła - zaśmiała się ironicznie.
     - O czym ty do cholery mówisz? - wysyczał pierwotny przez zaciśnięte zęby.
     - Damon wie, że coś kombinujecie. Niestety... a może jednak stety... no mniejsza... Musiałam uchylić dla niego rąbka tajemnicy.
     - Co mu powiedziałaś?! - syknął ostro pierwotny. Miał już po dziurki w nosie ten wilkołaczycy, która wszędzie wtrącała się w sprawy innych.
     - Nic wielkiego. Parę zdań o Regu... i może Amandzie - postawiła nacisk na imię dawnej ukochanej Elijah. Miarka się przebrała. Pierwotny chwycił kobietę mocno za nadgarstek i pociągnął na bok.
     - Słuchaj, Lois, skończ te gierki, bo ze mną nie wygrasz. Mogę od tak cię zmiażdżyć, rozumiesz?
     Kobieta zaczęła się śmiać ironicznie.
      - I co ty mi możesz zrobić, co? Zabić mnie? Proszę bardzo, nie krępuj się - zaśmiała się ochryple. - Wszystko mi jedno, gdy skończę swoją robotę i tak umrę, więc na prawdę nie robi mi to większej różnicy - prychnęła.
     Elijah przymrużył oczy. Nie rozumiał o czym mówiła ta kobieta. Nie miał zamiaru się nad tym jednak głowić. Miał ważniejsze rzeczy do ustalenia.
     - Co wie Salvatore? - zmienił temat Elijah, zelżawszy uścisk na przedramieniu kobiety.
     - Wie nie wiele więcej, niż wiedział wcześniej. Na twoim miejscu, spodziewałabym się jego rychłych odwiedzin u ciebie - uśmiechnęła się ironicznie Lois.
     - Policzymy się jeszcze, Brown - odrzekł jej i oddalił się ku wyjściu z budynku. Zapomniał nagle o wszystkim, nawet o Elenie. Jego jedynym zamiarem była teraz wizyta w posiadłości braci.



     - Eleno, czy ty zgłupiałaś do reszty?! - zawołał za brunetką Stefan, który dopiero teraz spostrzegł, że dziewczyna siedzi z nogami w fontannie, stojącej w ogrodach ratuszu. - Co ty sobie wyobrażasz?! - zbeształ ją, jednak po chwili parsknął śmiechem, widząc, że Elena jest kompletnie pijana i szczerzy się do niego niczym mała dziewczynka, która udaje, że nie próbuje rozrabiać.
     - Szukałem cię od... - Stefan spojrzał na zegarek, dochodziło w pół do siódmej. -dobrych kilkunastu minut. Gdy mówiłaś, że potrzebujesz więcej nie myślałem, że skończysz w fontannie - parsknął ponownie śmiechem.
     - Chodź tutaj do mnie, Steffy - zaśmiała się Elena i poklepała miejsce obok siebie. - Nie masz pojęcia, jak bardzo ta woda, o tutaj, jest cieplutka!
     - Uspokój się, bo jeszcze chwila i będę musiał wyprowadzić cię z tej imprezy, a jeszcze nawet się nie zaczęła.
     - No nie wiem, nie wiem, Steffy - zachichotała Elena. - Jak dla mnie, to ta impreza już się chyba kończy - stwierdziła chmurząc się niespodziewanie.
     - Dobrze się czujesz? - zapytał mężczyzna podchodząc w jej kierunku. Przysiadł na krawędzi marmuru.
     - Sama nie wiem... Masz czasem tak, że za dużo myśli kłębi się w twojej głowie? - zapytała bardziej trzeźwym głosem. Nie czekała jednak na jego odpowiedź. - Ja tak mam ostatnio non-stop. I najgorsze jest to, że nie umiem sobie z tym poradzić... Wszędzie tylko nowe problemy - wyjaśniła patrząc w zielone oczy mężczyzny.
     - Wiem co masz na myśli - odrzekł. - Też często tego doświadczam. Wiesz co jest najlepszym sposobem na to? Rozmowa z przyjacielem - uśmiechnął się. - Słucham.
     - Sama nie wiem nawet od czego zacząć... - spuściła wzrok na swoje nogi, którymi brodziła w wodzie. - Dzisiaj dowiedziałam się, że Jeremy zajmuje się jakimiś "sprawami", nikomu nic nie mówi. Boję się, że wpakuje się w jakieś bagno. Po za tym... - zamyśliła się. - Trochę głupio mi z tobą o tym rozmawiać - stwierdziła po chwili i skrzywiła się lekko.
     - Chyba nie ma tematu, na który nie moglibyśmy porozmawiać. Wal śmiało - zachęcił ją, jednak z góry domyślał się o czym Elena chciała mu powiedzieć. Na pewno chodziło o sprawy sercowe.
     - No bo... Chodzi o to, że ja... Ne wiem jak to ująć...
     - Po prostu.
     - Po prostu - szepnęła do siebie, aby dodać sobie odwagi. - Ja i Elijah, coś między nami jest - powiedziała i odetchnęła szybko. Stefan próbował ukryć swoje zaskoczenie i zakaszlał niemalże niesłyszalnie. To był dla niego nie lada szok. Kto by się spodziewał?... Nic na to nie wyglądało, a tu nagle taka informacja. Mężczyzna starał się to strawić. Elijah był dobrym człowiekiem i na pewno jeśli to było obustronne uczucie, to Stefan nie miał podstaw, aby się niepokoić w jakikolwiek sposób.
     Elena lekko się speszyłą widząc jego reakcję, jednak kontynuowała.
     - Rzecz w tym, że ja tak na prawdę nie wiem na czym stoję. Tak na prawdę, to my oboje stoimy w miejscu. On ma jakiś problem, widzę to wyraźnie, ale dostrzegam też, że nie potrafi się do końca otworzyć. Wszystko bierze na siebie i myśli, że może wszystko. To prawda, może i jest kim jest, ale to nie zmienia faktu, że też czasem potrzebuje odpoczynku od wszystkich problemów. A on tym czasem jeszcze więcej bierze na siebie - odetchnęła. - Tak na prawdę to nic między nami nie zaszło, nie doszło do niczego więcej, niż niewinny pocałunek... Z drugiej strony... Czy ja mam za duże oczekiwania? - zapytała spoglądając na Stefana, który nadal uważnie jej słuchał.
      - Bo przecież nie obiecywał mi nie wiadomo czego. Nie składaliśmy wieczystej przysięgi...
      - Wiesz co ja o tym myślę? Według mnie po prostu martwisz się, bo ci zależy. Te uczucia, które w sobie gromadzisz, potrzebują ujścia... - zatrzymał się i spojrzał jej w oczy. Na prawdę obchodziła ją jego opinia. - Powinnaś z nim szczerze porozmawiać i powiedzieć co czujesz. To zmusi go z drugiej strony do ujawnienia części siebie przed tobą. Tym sposobem dowiesz się na czym stoicie i zaczniecie kolejny etap - stwierdził Stefan i uśmiechnął się ciepło. Elena odwzajemniła uśmiech równie szczerze.
      - Dziękuję ci, że zostałeś - powiedziała brunetka po chwili.
      - A co miałem zrobić? Przecież siedzisz upita w fontannie - zaśmiał się lekko mężczyzna. Elena także zachichotała.
      - Nie o to mi chodzi - odrzekła. - Zostałeś mimo wszystko, to co się stało między nami. Zostałeś po tym, jak już nie jesteśmy razem, nie odszedłeś, tak jak to zrobił Damon - wyjaśniła. - Nadal jesteś moim przyjacielem... Dziękuję - szepnęła i objęła Stefana ramionami. Nie czuła się z tym dziwnie. Stefanowi także przyszło to naturalnie. Byli przyjaciółmi i takimi zostaną choćby nie wiadomo co się stało w przyszłości. Bo takiego przyjaciela się nie zapomina...


     - Witaj mój pierwotny przyjacielu! - przywitał się Damon ironicznie z Elijah, który stał na progu domu Salvatore'ów. - Czego chciałbyś w tą ciemną noc? - uśmiechnął się charakterystycznie.
     - Myślę, że musimy sobie porozmawiać, Damonie - zaczął, nie wzruszony na ironiczną gadkę wampira.
     - Nie sądzę - odrzekł ironicznie Damon.
     - Jest jedna sprawa, którą musimy sobie wyjaśnić.
     - Chyba wiem nawet co to za sprawa - uśmiechnął się Salvatore w charakterystyczny sposób. Elijah przymrużył oczy. - Tak, tak... - machnął dłonią, a jego ruchy były na tyle swobodne, iż Elijah domyślił się, że mężczyzna przed nim definitywnie wypił tego dnia nie jedną butelkę burbonu. - Wiem o tobie i Elenie... Przyszedłeś po błogosławieństwo, od byłego chłopaka? No więc go nie dostaniesz - syknął Damon.
    Elijah już miał coś powiedzieć, jednak tamten mu nie dał.
     - Eleno?! - rzucił głucho przez swoje ramię Damon. - Najwyraźniej jej tam nie ma - syknął Damon. - Jak pewnie wiesz, już dawno jej tutaj nie było. Bynajmniej nie ze mną - dodał lekko rozgoryczony. - Możemy więc załatwić to jak należy  - syknął wampir i już przymierzał się do skoku.
     - Nie interesują mnie twoje prywatne problemy, Damonie - odrzekł Elijah spokojnie. Odwrócił się z zamiarem odejścia i poszedł przed siebie. Wiedział, że w tym stanie na pewno nie zamierza rozmawiać o poważnych sprawach z Salvatore'm.
     - Co u niej, tak w ogóle? - rzucił za nim Damon. Elijah zmarszczył czoło i odwrócił się w stronę wampira. Widząc zapytanie na twarzy pierwotnego, Damon kontynuował. - Zastanawiam się tylko, czy już macie ten etap za sobą - syknął ironicznie Damon.
     Elijah zacisnął dłonie w pięści, do tego stopnia, że knykcie mu pobielały z braku krwi. Pierwotny był wyczulony na takie gadki ze strony Damona. Irytował się błyskawicznie. Jeszcze jeden impuls i to się źle skończy dla Salvatore'a. Z drugiej strony, on wiedział? Jak to możliwe, przecież nikt nie wiedział o tym, że on i Elena zbliżyli się ostatnio... Czy to było aż tak widoczne?
     - Bo wiesz... - przeciągnął Damon starannie obserwując wzbierającą złość Elijah. - Ona jest całkiem groźna jeśli chodzi o te sprawy - uśmiechnął się charakterystycznie.
     Pierwotny nie wytrzymał i zwyczajnie rzucił się na wampira. Gwałtownie obaj znaleźli się w środku domu. Jeden tarmosił drugiego i na odwrót. Miotali się po przedpokoju, następnie salonie. Wszędzie rozbijali wszystko co popadnie, tak, że pomieszczenie na koniec wyglądało jakby przed chwilą przeszedł tamtędy jakiś huragan. Damon poczuł, że przegrywa te dziwne starcie i skierował się do piwnicy. Miał plan, aby zamknąć pierwotnego w jednej z cel i poznęcać się nad nim. Z jednej strony cała tajemnica, która kłębiła się w powietrzu. Spotkanie z Lois, która pieprzy o jakimś Regu i Amandzie?... O co tutaj do cholery chodziło? Damon nie miał zielonego pojęcia.
     Z drugiej zaś strony już dawno zauważył, że Elena i pierwotny mają coś do siebie. Uważny obserwator widzi takie rzeczy. Damon był rozgoryczony. Jakby na to nie spojrzeć, wciąż chodziło o Elenę. Jego Elenę.  Dziewczynę, którą kochał nadal, mimo tego, że ona nic do niego już nie czuła.
     W końcu Elijah przerwał te chorą rywalizację i mocno przygwoździł Damona do jednej ze ścian. Zrobił to z takim impetem, że jeden z obrazów uderzył o podłogę. Pierwotny spojrzał na obramowanie leżące na ziemi i zdziwił się lekko. Kto wiesza obrazy w piwnicy? Bo właśnie tam teraz się znajdowali.
     - Czy nie mówiłem ci już o tym, żebyś mnie nie denerwował, Damonie? - syknął przez zaciśnięte zęby Elijah i przelotnie zerknął na miejsce, z którego spadł właśnie obraz. Damon przełknął ślinę w panicznym geście. Wyglądało na to, że obraz nie wisiał nam bez przyczyny. W ścianie była mała wnęka, zaś tam widać było coś na kształt wajchy lub dźwigni.
     Elijah puścił Damona, który cały czas przyciśnięty był do ściany. Pierwotny podszedł wolnym krokiem do dziwnego znaleziska. Salvatore doskonale wiedział do czego ono służy. Przeczuwał, że za kilka chwil będzie martwy. To co Elijah zaraz znajdzie, na bank poskutkuje rychłą śmiercią Salvatore'a, który czuł, że zaraz usłyszy grzmot, wybuch lub coś podobnego. Oznakę kataklizmu. Żywioł gniewu w pełnej okazałości. Ujrzy niepojętą nienawiść potężnego stworzenia. Zacisnął zęby i zamknął oczy nasłuchując.
     Cisza...
     ...przed burzą.


     Godzina dziewiętnasta. Cóż, dla wielu ludzi ma ona inne znaczenie. Dla jednych jest to pora spać i chodzi oczywiście o dzieci, inni kończą o tej godzinę dzienną zmianę w pracy, a jeszcze inni wychodzą w ciemną noc, aby móc zabawić się na jednej z licznych imprez.
     W Mystic Falls wybiła właśnie godzina dziewiętnasta na ratuszowym zegarze. Tutaj, ta właśnie godzina należała do wilkołaków, którzy przygotowywali się tygodniami do ataku. Właśnie tutaj, właśnie teraz. Ta godzina była jak znak do walki. Zaraz miało rozpętać się piekło.
     Wszyscy zaangażowani w zbrodnię, jaka miała się dokonać, zaczęli zbijać się w trzy lub czteroosobowe grupki.
      Elena była na prawdę pijana. Stefan podtrzymywał ją lekko na swoim ramieniu i prowadził przez hol ratusza, w kierunku łazienki. Musiał koniecznie wytrzeć jej twarz, gdyż cały makijaż rozpłynął się na jej twarzy. Nawet nie zastanawiał się, czy to przez płacz, a może to tylko woda z fontanny? Wiedział, że musi zająć się swoją przyjaciółką, a potem odstawić ją bezpiecznie do domu. Musiała się wyspać, odpocząć, a kolejnego dnia zacząć nowy dzień, który przy sposobności będzie o wiele lepszy.
     Oboje weszli do łazienki. Elenę na początku poraziło ostre, jasne światło z toalety. Przetarła dłonią twarz, tym sposobem jeszcze bardziej rozmazała sobie czarne ślady pod oczami. Nagle oboje usłyszeli jakiś huk gdzieś w oddali, a potem kilka podniesionych głosów. Może krzyk?
     Stefan obejrzał się za siebie, jakby miał dar widzenia przez ściany. Huk jednak nie powtórzył się ponownie, więc pomyślał, iż może ktoś przez przypadek rozbił kieliszek. Powrócił wzrokiem do Eleny, która stała obok niego, jednak ledwo trzymała się na nogach. Mężczyzna podszedł do niej i chwycił ją na ręce, następnie podszedł o kilka kroków do przodu i posadził przyjaciółkę na jednej z szafek obok umywalki. Elena zachwiała się lekko, potem ziewnęła i wyciągnęła ręce do góry.
     - Jestem zmęczona... - oznajmiła wzdychając. Stefan popatrzył na nią, jakby się nad czymś zastanawiał. Mógłby ją zabrać od razu do domu... Zdecydował jednak, że lepiej będzie najpierw doprowadzić jej wygląd do normalnego stanu.
     - Wiem, ale najpierw musimy się tobą zająć - odrzekł Stefan. - Poczekaj tutaj przez moment, ja zaraz wracam, znajdę tylko jakieś chusteczki - oznajmił i popatrzył na nią trochę nie pewnie. - Na pewno nic ci nie będzie? - zapytał jakby sam nie wierząc, że odpowiedź mogłaby być pozytywna.
     - No coś ty! - zawołała Elena radośnie i przymknęła oczy na chwilę. - Będę grzecznie czekać - zapewniła sennym głosem.
     - W takim razie, nigdzie się nie ruszaj. Zaraz będę z powrotem - poinformował i zniknął za drzwiami.



     - Co to jest, Damonie? - zapytał stoicko Elijah, jednak wewnątrz mężczyzny grzał się już gniew. Nie wiedział, co jawi się przed nim, jednak jakoś w niewytłumaczalny sposób wzbudziło to w nim negatywne uczucia.
     - To... To?... nie... to tylko jeden z... z bibelotów... właśnie. Wiesz jaki Stefan jest sentymentalny... - wychrypiał Damon, któremu wciąż było ciężko oddychać z powodu niedawnego zgniecenia krtani. Salvatore miał nadzieję, że to zatrzyma na chwilę Elijah, lub odwiedzie go od brnięcia dalej w nieznane. On nie mógł odkryć tego utajnionego przejścia... Po prostu nie mógł!
     - Nie kłam! Otwieraj to! - Elijah był już na granicy cierpliwości. Takie mącenie, jakim właśnie posłużył się Damon było jedną z najbardziej znienawidzonych przez pierwotnego rzeczy.
     Wampir posłusznie wstał z ziemi i wolnym krokiem podszedł do przodu, a czujny, wyzywający wzrok miał utkwiony w pierwotnym. Damon podniósł dłoń i mocno objął palcami wajchę. Ścisnął metalowy pręt bardzo mocno i przeniósł wzrok na Elijah. Więc to już? Zaraz nastąpi śmierć? Już miał pociągnąć urządzenie w dół.
     Nagle oderwał się od metalu i rzucił na pierwotnego, którego te działanie niebywale zaskoczyło. Najpotężniejsza postać na ziemi właśnie została przygwożdżona do ściany na przeciwko. Salvatore mocno ściskał jego krtań, jednak jego mozolne wysiłki na nic się zdały. Po kilkusekundowej "walce", Elijah wyswobodził się i odepchnął Salvatore'a z tak ogromną siłą, że przeleciał przez całą piwnicę niczym marionetka, jedna z kukiełek w przedstawieniu dla dzieci. Wampir uderzył z ogromnym hukiem o ścianę, rozbijając ją tym samym w drobny mak.
     Elijah otrzepał swoje dłonie i wiedząc już co ma zrobić, podszedł w kierunku wnęki. Wpatrywał się przez ułamek sekundy w metalowy uchwyt, po czym chwycił go tak samo jak Damon chwilę wcześniej. Następnie pociągnął urządzenie w dół. Przez krótki moment nic się nie wydarzyło. Jednak po chwili, pierwotny usłyszał jakby ktoś zaczął odryglowywać drzwi. Dźwięk narastał i przeciągał się w czasie coraz dłużej.
     W końcu ostatni rygiel został zdjęty. Pierwotny zorientowawszy się, że hałas już zniknął, podszedł o krok w kierunku wnęki. Nagle coś zaszurało donośnie, z sufitu spadły kłęby szarego, mętnego pyłu, który wypełnił cały korytarz. Elijah machinalnie przysunął dłoń w kierunku oczu, aby osłonić się przed pyłem. Zakasłał kilka razy. Jednak nie widział w tamtym momencie zupełnie nic. Każdy centymetr przestrzeni przed nim był wypełniony mętną mieszaniną kurzu.
     Po dosyć długiej chwili, powietrze oczyściło się odrobinę, a uciążliwa mieszanina opadła ku podłodze. Aczkolwiek przed pierwotnym nie było już wnęki. Elijah widział na wprost przejście, inny korytarz, który prowadził w nieznane. Wampir rozejrzał się na boki, aby upewnić się, że Damon wciąż pilnuje podłogi i szybkim krokiem przeszedł przez próg ujawnionych przed chwilą drzwi.
     Wszędzie było niezwykle ciemno i nad wyraz cicho. W powietrzu cały czas można było wyczuć przytłaczający odór stęchlizny i pyłu. Można było się założyć, iż nikt dawno tutaj nie wchodził. Co takiego ukrywali bracia Salvatore przed resztą świata? Po cóż im takie tajemne skrytki? Te pytania nurtowały Elijah.
     Pierwotny szedł w ciemnościach przed siebie, na szczęście dzięki swoim doskonale wyostrzonym zmysłom, mógł idealnie widzieć w takich egipskich ciemnościach. Stawiał stopy jedna za drugą, po woli. Nigdzie mu się przecież nie śpieszyło. Jednak mimo powolnego poruszania się, w całym jego środku dudniał niepokój, ujawniający swoją moc z każdym kolejnym krokiem.
     Korytarz zakręcił, tak samo zrobił pierwotny, na samym końcu dostrzegł ledwie widoczny zarys metalowej klamki. Drzwi? Przez myśl przebiegł mu podziw dla architektury tego miejsca. Co prawda posiadłość braci była wyniosła i ogromna, ale co jeszcze skrywała? Jakie sekrety i tajemne pomieszczenia kryły się w podziemiach?
     Elijah był już przy drzwiach. Oplótł palcami klamkę, która okazała się być zimna niczym lód. Przekręcił ją i popchnął drzwi w przeciwnym do siebie kierunku. Odstąpiły skrzecząc z lekkim oparciem, jednak po chwili swobodnie odsunęły się, aby ukazać tajemnicę wnętrza ukrytej komnaty.
     Pierwotny jeszcze wolniejszym krokiem wszedł do środka. Przymrużył oczy, gdyż tutaj również panowała nieprzenikniona ciemność, jakby jakiś zmyślny reżyser narzucił na rzeczywisty obraz czarny aksamit. Mężczyzna ustał dokładnie na środku pomieszczenia. Odetchnął, skupił się wyjątkowo mocno, aby jego zmysły były maksymalnie wyostrzone.
     Ciemność...
     Jednak po chwili...
     Nie do końca czerń. Jakby coś tam się kryło. Dokładnie przed nim...
     Cóż to? Chyba nie umysł sprawia mu jakiegoś wyjątkowo nieznośnego psikusa?...  Coś jasnego. Tak... Zdecydowanie coś jasnego, rozrzuconego w nieładzie. Płachta?  Chyba nie... Po chwili już wiedział.
      Włosy. Zdecydowanie blond, długie włosy.
      Przez moment lub dwa nie wiedział co jego własny umysł próbuje sobie uzmysłowić. Stał wciąż na środku wpatrzony ślepo w istotę przed nim. Blond włosy.... Po minucie było już jasne. Elijah już wiedział, czyja sylwetka coraz bardziej wyostrza się przed jego oczami.
     "To nieprawdopodobne..." - pomyślał. - Nie...nie... - powtarzał sobie już na głos, lecz cicho.
      Blond długie włosy...
      Tak długo szukał siostry... Tym czasem była tak blisko, iż na wyciągnięcie ręki.


     Elena wciąż czekała na przyjaciela, siedząc na umywalce. Machała beztrosko nogami i nuciła jakąś melodię pod nosem, ziewając raz po raz.
      Nagle usłyszała huk, potem kolejny i jeszcze jeden. Każdy następny zdawał się być coraz bliżej. Dziewczyna dosłyszała niewyraźne krzyki, wydobywające się za drzwiami. Mimo jej stanu i wielkiej ospałości, zaniepokoiły ją te dźwięki. Coś było nie tak... Minęło już chyba ze dwadzieścia minut, odkąd Stefan nie wracał... Dlaczego ją tak po prostu zostawił? Może coś lub co gorsza ktoś mu w tym przeszkodził? Brunetka zeskoczyła z umywalki i zachwiała się lekko. Odetchnęła jednak szybko i odgarnęła poczochrane włosy za uszy. Obiecała, że nie będzie się ruszać z miejsca, jednak musiała sprawdzić, co dzieje się za drzwiami.
     Kolejny huk.
     Przeszedł ją dreszcz.
     Mimo nie trzeźwości, jej zmysły nadal były ostrzejsze, niż u zwykłego śmiertelnika. Doskonale usłyszała, iż dokładnie za drzwiami ktoś ustał.
     Właśnie złapał za klamkę.
     Przekręcił ją i otwierał drzwi. One odskoczyły na bok z głośnym piskiem.
     Elena gwałtownie cofnęła się do tyłu. Przeczuwała, iż nie będzie to żaden z jej przyjaciół. Ponownie przeszedł ją dreszcz.
     Ciemny kształt stanął w progu. Zaczął kroczyć w jej stronę. Była przerażona. Usłyszała śmiech, był nad wyraz szyderczy.
     - Witam cię, kochaniutka - odezwał się ochrypły głos. Nie wiedziała do kogo należy, nie znała jego właściciela. Panicznie zaczęła myśleć, w jaki sposób go ominąć i uciec. Mijały ułamki sekund, a jej umysł już dawno otrzeźwiał i pracował na pełnych obrotach.
     Szybko odkryła kły i z wrzaskiem dzikości, rzuciła się na człowieka przed sobą. Ten zaśmiał się tylko sarkastycznie i złapał ją za gardło, przyskrzynił do jednej z kabin. Teraz stał w pełnym świetle, a jego twarz była jeszcze bardziej obrzydliwa, niż jego zachrypnięty głos. Był łysy, cały w bliznach.
     - Czego chcesz ode mnie?! - syknęła Elena ledwie słyszalnie.
     - Ja nic od ciebie nie chcę, cukiereczku - mruknął przesuwając wolną dłonią po jej policzku. Zaczęła się wzbraniać, wierzgać. Wszystko jednak było na nic. Uścisk był zbyt mocny.
     - Zajmiemy się tobą, malutka. O nic się nie martw - powiedział, a dziewczyna dostrzegła, iż dłonią, którą przed chwilą dotykała jej skóry, teraz on rozpinał swój pasek od spodni.
     Zamierzał zrobić to, o czym pomyślała?! To nie działo się na prawdę!
     - Zostaw mnie sukinsynie! - wrzasnęła najgłośniej jak się dało i ostatkami sił splunęła mu w twarz. Łysol warknął kilka przekleństw pod jej adresem, wytarł rękawem oko. Był na tyle wkurzony, iż w przypływie furii szybko rzucił się na dziewczynę i ugryzł ją w ramię. Właśnie wtedy Elena przekonała się na własnej skórze, że jest wilkołakiem.
     Wrzasnęła wniebogłosy. Ból był na tyle nieznośny, iż niemalże palił żywym ogniem, pulsował, jak gdyby zaraz miało spłonąć całe jej ciało.Jad bardzo szybko wchłonął się w jej tkanki, mięśnie, a nawet w kości. Szczerze zapłakała z bólu.
     - Nie miałem zamiaru tego robić, malutka. Jesteś nie grzeczna, więc byłem do tego zmuszony. Ale już dość gadania... - łysol puścił Elenę, a ta upadła na posadzkę bezwładnie. - ...Czas przekazać cię właściwym ludziom. A mogło być nam tak przyjemnie... - westchnął mężczyzna.
     Elena nie umiała się już opierać... Po woli odpływała. Poczuła tylko, jak człowiek wziął ją na plecy i wyniósł z pomieszczenia. Potem zalśniły nad jej głową miliony gwiazd, a wiosenny wiatr pobawił się kosmykami jej włosów. Potem pustka... Jakby jakiś zmyślny reżyser narzucił na rzeczywisty obraz czarny aksamit...


________________

Witam wszystkich po kolejnej długiej przerwie! Przepraszam was wszystkich, wiem, że was zawiodłam, że mięliście nadzieję, na o wiele szybsze notki... Wyszło jak wyszło i nic na to nie poradzę. Mam nadzieję, że chociaż część z moich dawnych czytelników wciąć tutaj zagląda, bądź zajrzy w celu sprawdzenia, czy może tym razem coś się pojawiło... Otóż właśnie się pojawiło teraz! To jest swojego rodzaju prezent na moje urodziny, które są dzisiaj! Przynajmniej tyle mogę od siebie dać.

Ogłoszenie: Chciałabym wam powiedzieć, że przegapiłam I. urodziny mojego kochanego Darkest Dream! Jest mi tak smutno i przykro z tego powodu, że nie macie pojęcia :( Urodziny były 14 lutego. Więc minął już  mówiąc rok od założenia, a ja wciąż tworzę tą historię, nawet jeśli nie tak często jak bym chciała. Szkoda tylko, że tylu z moich początkowych czytelników odeszło, jednak jestem temu sama winna, bo to ja ich zawiodłam. Mogę tylko mieć nadzieję, że kolejny rozdział napiszę w o wiele szybszym tempie. Jednak niczego nie obiecuję, bo nie chcę nikomu robić wielkich nadziei.

Główna
Rozdziały
Postacie
Polecam
Zapytaj!